Kaśka Sochacka, „piosenkowa terapeutka”: Nie spodziewałam się, że moja muzyka może tak rezonować
MIROSŁAW PĘCZAK: Właśnie ukazuje się twój najnowszy album „Ta druga”. Wydaje się kontynuacją stylu poprzednich nagrań. Jak gdybyś na scenie muzycznej znalazła się już jako kompletnie przygotowana artystka realizująca precyzyjnie zakładany plan. Zero szaleństwa, zero przypadku?
KAŚKA SOCHACKA: Ciekawie postawiona teza (śmiech). Tylko że zarówno przy epce „Wiśnia”, jak i później przy „Cichych dniach” nie było nic, co sobie dokładnie założyliśmy, nic, co precyzyjnie obmyśliliśmy, po prostu wszystko szło naturalnie. Jestem typem człowieka, który nie postępuje według skrzętnie wykombinowanej kalkulacji. Bardziej daję się ponieść nastrojowi niż założonemu planowi, wedle którego miałoby coś powstawać. Najważniejsze są piosenki. I z tych piosenek powstaje określona całość.
Czyli nie było żadnego konspektu, planu?
Absolutnie nie. Nie było tak, że do czegoś, co wstępnie założone, pisałam i komponowałam. Akurat u mnie działa to zawsze w ten sposób – najpierw są piosenki, a potem z nich powstaje uporządkowana całość w postaci płyty czy programu koncertu.