Muzyka ponad śmierć
Muzyka ponad śmierć. Jak György Kurtág lawirował między fatalizmem a nadzieją
Do Księgi rekordów Guinnessa co prawda ten przykład się nie nadaje, bo wcześniej Amerykanin Elliott Carter komponował do ostatniego, 104. roku życia, a zmarł w 2012 r. Ale Kurtág mógłby do niej trafić z wielu innych powodów. Np. dlatego, że swoją pierwszą operę, „Końcówkę” według Samuela Becketta, ukończył po dziewięćdziesiątce i odniósł nią sukces po prapremierze w mediolańskiej La Scali, a potem na londyńskich Promsach oraz w operach w Amsterdamie, Paryżu i Wiedniu.
Prawykonanie jego drugiej opery „Die Stechardin”, a właściwie monodramu na sopran i zespół, odbyło się w ramach urodzinowego festiwalu Kurtág 100! w Budapeszcie (15–28 lutego). Śpiewała Maria Husmann z zespołem Concerto Budapest. Na festiwal przyjechały takie sławy, jak pianiści Pierre-Laurent Aimard i Víkingur Ólafsson czy wiolonczelista Steven Isserlis; koncertom towarzyszyło sympozjum muzykologiczne. Urodziny Kurtága święcił też w Paryżu Ensemble intercontemporain, z którym kompozytor swego czasu współpracował, a w Amsterdamie grali jego dzieła Leif Ove Andsnes z Bertrandem Chamayou i Isabelle Faust. Tę skromną, ściszoną muzykę grywają najwybitniejsi, i to nie tylko ze świata muzyki współczesnej.
Wśród twórców węgierskich, po śmierci 20 lat temu starszego o trzy lata Györgya Ligetiego, Kurtág jest dziś numerem jeden. Byli zresztą z Ligetim przyjaciółmi. Ciekawe jest porównanie losów, jakie spotkały po upadku powstania w 1956 r. trzech znakomitych kompozytorów węgierskich pochodzenia żydowskiego, kolegów z budapeszteńskiego konserwatorium. Najmłodszy z nich, również już dziś nieżyjący András Hajdú (później André Hajdu), wyjechał na studia do Paryża, ale po dziesięciu latach przeniósł się do Izraela, gdzie spędził resztę życia.