Lato pełne jasności
Radek Rak dla „Polityki”: Zacząłem pisać „Maję” jeszcze przed diagnozą. Chciałem zdążyć
JAKUB DEMIAŃCZUK: „Maja i czas motyli” to pańska pierwsza książka dla dzieci, opowieść o dziewczynce, która po rozstaniu rodziców uczy się radzić sobie z nowymi emocjami, a jednocześnie zaczyna się fascynować otaczającą ją miejską przyrodą. Skąd Maja wzięła się w pana życiu?
RADEK RAK: Cała przygoda zaczęła się od tego, że moja córka, która długo nie rozumiała, czemu ojciec tak często siedzi w jednym miejscu z jakimiś papierami albo z komputerem, w końcu dowiedziała się, co robię. I oczywiście zapytała, gdzie jest książeczka dla niej. Więc musiałem odpowiedzieć, że będzie. A potem ją stworzyć. Z rozpędu napisałem jeszcze powieść dla syna, która ukaże się dopiero za jakiś czas. A napisałem ją, bo brakowało mi chłopackich książek, z czego wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy. Dziś jest mnóstwo świetnych lektur z dziewczynkami na pierwszym planie, a mało takiej literatury, jaką ja sam kiedyś czytałem.
Pamięta pan swoje pierwsze literackie zachwyty?
Jako dziecko chciałem mieszkać w bibliotece. Spędzałem tam mnóstwo czasu, wypożyczałem dużo książek, aż wreszcie bibliotekarki pozwalały mi pomagać przy jakichś drobnych pracach. I z tych wczesnych czasów pamiętam jeszcze książkę Hansa Petersona „Magnus i pies pokładowy Jack”. Czytałem ją nie wiem ile razy, dziś nic z niej nie pamiętam, ale zapisała się w mojej pamięci jako bardzo chłopacka.
Moje ukochane książki z dzieciństwa były pisane przez panów w tweedowych marynarkach i panie w dziwnych nakryciach głowy, bo wychowałem się głównie na literaturze angielskiej. Na pewno był wśród nich „Hobbit” Tolkiena, a później oczywiście „Władca pierścieni”. „Opowieści z Narnii” Lewisa. A jak miałem jakieś dziesięć lat, to zetknąłem się ze Światem Dysku Terry’ego Pratchetta.