Prawda ekranu
Prawda ekranu, czyli „Ołowiane dzieci”, „Heweliusz” i inne fikcje. Tak fakty ustępują dramaturgii
Tak się składa, że w epoce postprawdy chcemy, nawet bardziej niż dawniej, oceniać przekazy medialne – nawet te rozrywkowe – właśnie ze względu na ich wiarygodność lub jej brak. Niby dawno już temu medioznawcy oznajmili, że wiarygodność to nie to samo co mówienie prawdy, ale jakoś przywykliśmy do tego, że skoro masy czemuś (komuś) wierzą, to musimy to mimo wszystko uwzględniać również w perspektywie zgodności z faktami. W efekcie jesteśmy świadkami rosnącej popularności dokumentalnych kanałów tematycznych telewizji i wypełniających je seriali oraz pełnometrażowych filmów relacjonujących prawdziwe wydarzenia z przeszłości.
Weźmy „Titanic”, kinowy przebój sprzed 30 lat: mimo że w fabule rekonstruowano fakty, cały pomysł koncentrował się na wymyślonej na potrzeby scenariusza historii miłosnej. Mimo to pokłosiem dzieła Jamesa Camerona stała się lawina dokumentów emitowanych przez Discovery czy National Geographic tudzież komentarzy w popularnej prasie poświęconych katastrofie legendarnego transatlantyku, co trwa do dziś.
W ostatnim czasie jedną z najgłośniej komentowanych pozycji w ofercie serwisu Netflix w Polsce był wyreżyserowany przez Macieja Pieprzycę serial „Ołowiane dzieci”. Opowiada o wydarzeniach na Śląsku z lat 70. ubiegłego wieku. W 1974 r. lekarka Jolanta Wadowska-Król odkryła liczne przypadki chorób wśród dzieci mieszkających na robotniczym osiedlu w pobliżu Huty Metali Nieżelaznych Szopienice. Z pomocą prof. Bożeny Hager-Małeckiej, dyrektorki kliniki pediatrii w Zabrzu, która rozpoznała u dzieci ołowicę, rozpoczęła akcję ratunkową i podjęła szeroko zakrojone badania nad chorobą. Lokalne władze chciały uniknąć rozgłosu, reakcje prasy też pozostawały skromne, dopiero po latach temat zwrócił uwagę dziennikarzy i reportażystów, a w końcu zainteresował znanego twórcę filmowego.