Człowiek z gwiazd
Sun Ra, człowiek z gwiazd. Jego jazz z Saturna wyprzedzał swój czas
Jego pierwsza pozaziemska wyprawa miała miejsce w 1937 r., podczas studiów na Uniwersytecie Rolniczo-Technicznym Alabamy. Odwiedzili go obcy, poddali zabiegowi transmolekularyzacji – tak zapisał w swoim pamiętniku, a później uparcie powtarzał – po czym w odmienionym ciele wylądował na Saturnie, wśród istot z antenkami przy oczach i uszach. „Kazali mi zaprzestać dalszej nauki” – notował jako 23-latek. „Ostrzegając przed problemami we wszystkich dziedzinach życia”. Miał przemówić, kiedy świat ogarnie chaos i brak nadziei, a ludzie – według mieszkańców Saturna – mieli go słuchać.
Herman Poole Blount porzucił zatem studia i zaczął kompletować zespół jako lider i pianista. To był big band – formacja naturalna dla lat 30. A Blount szybko zyskał opinię geniusza. Nie wariata – jak wspominają rozmówcy jego biografa Johna Szweda – ale dziwaka: nie palił, nie pił, nie brał narkotyków, za to był na diecie z warzyw i suplementów diety. Twierdził, że „seks go nie interesuje”, za to praktycznie nie spał i pracował cały czas. Muzyka stała się dla niego głównym życiowym celem.
W 1942 r., jak wielu innych, dostał powołanie do wojska. Próbował się wykpić stanem zdrowia, opieką nad 75-letnią ciotką, prowadzoną orkiestrą, chrześcijańską moralnością oraz pacyfizmem podchwyconym od Gandhiego. Nie dotarł do wyznaczonego obozu pracy zastępczej, po czym i tak w nim wylądował, wcześniej ponad miesiąc odsiadując w areszcie. W wysyłanych stamtąd listach pisał – jak przypomina najnowszy dokument „Sun Ra. Wizja staje się dźwiękiem” – że wolałby być rozstrzelany niż odcięty od muzyki.
Wypuszczony z obozu, wyjechał do Chicago i przyjął inspirowany starożytnym Egiptem, który uznawał za czarną kolebkę cywilizacji, pseudonim Sun Ra.