Poznaniowi się należy
Maciej Płaza dla „Polityki” o nowej powieści: My też możemy być po prostu wymyślani, pisani
JUSTYNA SOBOLEWSKA: – W pana nowej, bardzo dobrej powieści „Kasperl i Margit” słyszymy gwarę poznańską. Na ile ona jest żywa?
MACIEJ PŁAZA: – „Ty to jesteś ale łobuz, tej”. Tę charakterystyczną składnię i „tej” słychać w Poznaniu na każdym kroku, młodzi ludzie też tak mówią, co mnie cieszy. Oczywiście tylko drobna część gwary poznańskiej jest żywa, reszta przeszła do archiwum, ale jest otoczona pieczołowitą opieką specjalistów: ukazują się książki, słowniki, nawet przekłady klasyków literatury: „Misiu Szpeniolek”, czyli „Kubuś Puchatek”, czy „Książę Szaranek”, czyli „Mały książę”.
W Poznaniu bardzo lubiane są „Blubry Starego Marycha”. Blubry, czyli humorystyczne opowiastki. Pisał je poznański dziennikarz Juliusz Kubel. To odpowiednik gawęd Wiecha czy śląskich skeczy o Masztalskim. W latach 80. „Blubry” czytane były w radiu, potem wydawano je w książkach i na płytach. Stary Marych stał się uosobieniem „echt poznanioka”: prostego, uczciwego, trochę sprytnego, trochę nieudacznego, trochę sknery. Marych jest tak popularny, że paręnaście lat temu doczekał się całkiem ładnego pomnika w Poznaniu. Idzie sobie w kaszkiecie, z teczką, z rowerem.
Gwary poznańskiej nie znam od dziecka, bo nie pochodzę z Poznania. Mieszkam tam od wielu lat, dlatego byłem z nią osłuchany, ale długo nie dopuszczałem jej do siebie, była mi obca. Nauczyłem się mówić po poznańsku dopiero, kiedy pisałem „Kasperla i Margit”. Poznańska powieść musiała być przynajmniej częściowo napisana po poznańsku. Chciałem, żeby ten język zaczął sam grać w głowie czytelnika. Nawet jeśli z początku jest trudno zrozumiały, słowa w rodzaju „narychtować”, „kitrać” czy „mela” tłumaczą się kontekstowo.