Talent i pech
Polskie graficzki wychodzą z cienia. „Miałam pecha, że nie zostałam dużym mężczyzną”
Od jakiegoś czasu trwa zmasowana (choć nieskoordynowana) akcja oddawania sprawiedliwości dziejowej zasługującym na to kobietom. Koncentruje się, co dziwić nie powinno, na tzw. zawodach twórczych, w których historyczny przekaz przez dekady zdecydowanie dowartościowywał mężczyzn. Zapełnianie białych plam chyba najsprawniej przebiega w sztuce: w malarstwie, a przede wszystkim – paradoksalnie – w wymagającej największego fizycznego znoju rzeźbie. Nienajgorzej nadrabiamy zaległości w architekturze (publikacja „Architektki”), we wzornictwie przemysłowym czy modzie. Bogato ilustrowane „Graficzki” wyciągają więc z cienia bodaj ostatnią z zawodowych grup, w których kobiety cicho i karnie wędrowały w drugim szeregu.
Rzecz dotyczy generalnie drugiej połowy XX w. i autorka książki Alicja Kobza słusznie zwraca uwagę na nieraz już podnoszoną kwestię permanentnego konfliktu między równościową narracją socjalistycznej władzy a praktyką, w której to mężczyźni znajdowali się w uprzywilejowanej pozycji.
Ponad dwie dekady temu malarka Anna Okrasko na swej wystawie zamieściła ironiczne hasło „Malarki to żony dla malarzy”. Studiując życiorysy 27 bohaterek książki Kobzy, można by śmiało je sparafrazować i stwierdzić: „Graficzki to żony dla grafików”. Większość z nich uprawiała bowiem ten sam zawód co mąż. Z reguły poznawali się jeszcze na studiach, pobierali i budowali wyjątkowo trwałe związki. Niekiedy działali zgodnie, wspierali się, dzielili zleceniami, tworzyli zgrany tandem. Jak Elżbieta Procka współpracująca z mężem Romualdem Sochą, Barbara Stanisławska-Balicka i Bogusław Balicki czy Zofia Darowska i Andrzej Darowski. O tej ostatniej parze pisze Kobza: „Aż do śmierci będą nierozłącznym duetem projektantów, będą pracować przy jednym stole, wymieniając się narzędziami i pomysłami”.