Starość nie istnieje
Sława Przybylska dla „Polityki”: Starość nie istnieje. Dopóki mogę, jeszcze śpiewam
KRZYSZTOF NOWAK: – Jaki pierwszy zapach pani pamięta z dzieciństwa?
SŁAWA PRZYBYLSKA: – Moja mama pochodziła z Drelowa, z małej wsi na Podlasiu. Ja wyłoniłam się z lasu zielonego, pełnego kwiatów, drzew. Las śpiewał, pachniał. To było symfonią dla dziecka. Doszłam do wniosku, że muzyka otacza nas wszędzie.
Co jeszcze było tą muzyką?
Kot śpiewał mruczeniem. Pies śpiewał szczekaniem. Wieś ma niesłychaną dla mnie wartość, bo wszystko, co w przyrodzie, jest piękne. Przyroda przekazuje nam wszystkie wartości, tak jak w japońskim haiku. Czyta się je i się nie rozumie, ale się czuje.
Jak pachniał Międzyrzec Podlaski, gdzie się pani urodziła?
Ten Międzyrzec też był muśnięty wsią, bo każdy, kto miał domek, to miał i chlewiki, i świnki, i kury, i psa, i kota. Nauczyłam się zachwycać dzięki mamie, osobie, która kochała piękno. Potrafiła poprzez uśmiech wyrazić życzliwość do ludzi, do świata. Nigdy nie narzekała, nigdy nie uderzyła dziecka.
A sam Międzyrzec?
Tam już była szkoła, byłam tam traktowana inaczej. Miałam poczucie mikromanii, która teraz jest w Polsce tak powszechnie uprawiana. Mikromania to jest traktowanie siebie jako kogoś niższego, jako kogoś, kto jest gorszy. I ja w tym Międzyrzecu właśnie tak się poczułam – mała i brzydka.
Już nie było tyle tej przyrody wokół, ale wciąż był śpiew. Miałam starsze siostry, które też były muzykalne, i ja uczyłam je harmonii, to znaczy drugiego głosu i seksty. Śpiewałyśmy na trzy głosy. Jak przychodzili chłopcy – bo moja starsza siostra była już nastolatką, bardzo ładną – to ja wchodziłam pod stół, a oni śpiewali przedwojenne piosenki. Podlasie jest rozśpiewane, tam przy każdym wydarzeniu brzmiały muzyka i śpiew.