Marzec z drugiej strony
W 1968 r. Umberto Eco odwiedził Pragę i Warszawę. W efekcie powstały dwa reportaże: o stolicy Czechosłowacji przeżywającej początek inwazji wojsk Układu Warszawskiego i o stolicy Polski rozpamiętującej traumę wydarzeń marcowych. Teraz oba te teksty ukazały się w wersji książkowej.

Reportaże, które złożyły się na „Mój 1968. Po drugiej stronie muru”, pisane były już po doświadczeniach maja paryskiego i rozruchach na uczelniach włoskich. Autor miał zatem niemal pełną skalę porównawczą, pozwalającą w miarę obiektywnie ocenić poszczególne fakty, traktowane dziś en bloc jako jedna wielka fala rebelii i kontestacji. Eco, podówczas 36-letni kulturoznawca i filozof, wtedy w roli dziennikarza, zadbał, by nic nie uronić z praskiej i warszawskiej specyfiki wydarzeń. Nie dlatego jednak, że dramatyczny koniec praskiej wiosny czy nasz Marzec a priori układały mu się w jedną sekwencję z protestami zachodnich studentów, a zachodni obserwatorzy sceny politycznej nasze sprawy traktowali jako refleks ogólnoświatowego poruszenia. Było zupełnie inaczej. Po prostu Zachód nie rozumiał Wschodu.

W sierpniu 1968 r. Umberto Eco wybierał się do Warszawy na konferencję stowarzyszenia semiotycznego. Po drodze chciał trochę czasu spędzić w Czechach – w Mariańskich Łaźniach i Pradze. Traf chciał, że w trakcie tego tranzytowego pobytu do Czechosłowacji zawitały sowieckie (i polskie) tanki. Złota Praga zmieniła się nagle w epicentrum politycznego piekła. O ile podjęta przez Breżniewa decyzja o inwazji nie wydawała się aż tak wielkim zaskoczeniem, o tyle reakcja Czechów mogła budzić zdumienie. „Na dzień przed inwazją – pisze Eco – na jednym z placów w centrum miasta setki osób z powagą, lecz również z wielkim poczuciem humoru brały udział w czymś, co przypominało nieustający Hyde Park”. Dziś trudno to zrozumieć, ale sam fakt inwazji nie spowodował utraty wiary Czechów i Słowaków w ideę socjalizmu z ludzką twarzą ani nie zmienił ogólnie przyjaznego stosunku do Rosjan.

Eco opisuje, jak prażanie starali się tłumaczyć radzieckim żołnierzom, że nie ma w ich kraju żadnego faszystowskiego zamachu stanu, a poparcie dla idei socjalizmu jest większe niż w NRD. „Zastanawialiśmy się, dlaczego ludzie nie boją się czołgów. Złorzeczą im, pokrywają je napisami, przekłuwając opony ciężarówek, i to na oczach Rosjan, wciąż uśmiechających się z zakłopotaniem i pozwalających sobie przyklejać ulotki do szyb, w wyniku czego niektóre pojazdy wyglądały jak ściany Sorbony”.

Eco, sam przyznający się do lewicowych sympatii politycznych, staje się w całym tym zawirowaniu symboliczną niemal figurą zachodniego intelektualisty, który definiuje sytuację po tej stronie żelaznej kurtyny nie jako „polemikę z komunizmem, lecz ze zbyt silnym sojusznikiem”. I w tym sensie inwazja okazuje się zdradą socjalizmu. Z Polską kłopot wydaje się jeszcze większy. Eco daje swojemu raportowi z Warszawy znamienny podtytuł: „Podróż do udręczonej Polski, najbardziej tajemniczego dziś kraju Europy Wschodniej”. O co chodzi z tą tajemniczością? Sytuacja niby wydaje się podobna do tej czechosłowackiej: studenci, którzy najpierw wyszli na ulice, nie myśleli przecież o zmianie ustroju. Akceptacja dla podstawowych zasad systemu w jeszcze większym stopniu dotyczyła profesorów marksistów, którzy, jak Adam Schaff, Stefan Żółkiewski czy Leszek Kołakowski, zostali przez władzę usunięci na margines, oskarżeni o syjonizm i rewizjonizm albo przynajmniej pozbawieni prawa do nauczania. Wielu rozmówców Eco deklaruje admirację dla Włoskiej Partii Komunistycznej, a gdy przybysz z Italii tłumaczy, że „rewolucyjni studenci włoscy i francuscy oskarżają swoje partie komunistyczne o socjaldemokrację i konserwatyzm”, napotyka na istny mur niezrozumienia. Dla warszawskich studentów uosobieniem konserwatyzmu jest bowiem Władysław Gomułka.

I już wiadomo, że Warszawa czuje i myśli inaczej niż Praga. Nie tylko dlatego, że nie ma polskiego Dubčeka. Otóż Polacy, zwłaszcza ci młodzi, nawet jeśli uważają się za marksistów, podziwiają Zachód. Ich marksizm pochodzi raczej od Sartre’a niż Lenina i zdecydowanie bardziej wydaje się intelektualną modą niż komunistyczną wiarą. Dodatkową dezorientację powoduje obserwacja codzienności. Po ulicach chodzą dziewczęta w minispódniczkach, w klubie Hybrydy tańczy się shake’a i słucha jazzu, w teatrach grają Goldoniego i Düerrenmatta, w kinach Antonioniego, a tygodnik „Kultura” całą kolumnę poświęca markizowi de Sade. No i są jeszcze jedyne w swoim rodzaju osobliwości polityczne. Eco zastanawia się nad fenomenem PAX, organizacji, jak pisze, o korzeniach faszystowskich, której organ prasowy („Słowo Powszechne”) aktywnie uczestniczył w antysemickiej i antyinteligenckiej nagonce, ale która wydaje też książki symbolizujące otwarty, personalistyczny katolicyzm.

Umberto Eco przekonał się, że polski Marzec, podobnie jak czechosłowacki Sierpień, nie były – jak opisywany przez Jeana Duvignauda Maj paryski – teatrem święta, w którym „wyobraźnia przejmuje władzę”. Były raczej aktem kapitulacji marksizmu i zdradą systemu wobec „ostatnich wierzących marksistów”. Ideologia władzy zastąpiła władzę ideologii.
 

Umberto Eco, Mój 1968. Po drugiej stronie muru, przeł. Jarosław Mikołajewski, Wydawnictwo Literackie 2008, s. 85
 


 Kup książkę w merlin.pl 



Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną