Rozmowa z Jackiem Ostaszewskim

Czasami staję się dźwiękiem
O robieniu omletu i muzyce sfer z twórcą zespołu Osjan

 

Co nowego u ciebie?

Z radością wracam do Osjana po moim romansie z teatrem.

Gracie dawne utwory Osjana traktowane jak standardy czy powstają jakieś nowe?

W kwietniu nagrywamy płytę, a to zawsze naturalny impuls do wprowadzenia nowych kompozycji. Co nie oznacza, że w koncertach znikną stare. Nie czujemy jakiejś presji zmieniania, ale też i leku przed zmianą. Forma koncertów Osjana jest formą otwartą, to znaczy, że pojawianie się utworów jest spontaniczne i nie wynika z góry założonego planu.

Na pewno muzyka, jaką grają Wojciech Waglewski i Radek Nowakowski, jakoś zmienia muzykę Osjana.

Przychodzimy do zespołu z doświadczeniem, wrażliwością, a szczególnie z wolą i umiejętnością słuchania partnerów i reagowania na ich propozycje. W koncertach Osjana dochodzi do specyficznej alchemii w wyniku której znika wszystko to co indywidualne, a pozostaje bezimienny, spontaniczny proces. U podstaw tego procesu leży głęboka wiara, że uwaga potrafi budować formę, a stan umysłu „nie wiem" jest stanem pożądanym. Kiedy nie wiem, jestem czujny na to, co jest. To, co twórcze, bierze się z uwagi na tu i teraz. 

A jak rozumiesz uważność?

To stan w którym uboczne myśli nie zakłócają procesu, krórym jesteśmy. Wówczas wszelkie intelektualne konstrukcje, łącznie z koncepcją „ja" są drugorzędne. Kiedy jesteśmy czujni, zapominamy o sobie. Wtedy możliwa jest spontaniczność. Najczęściej artyści mówiąc: „przez sztukę wyrażam siebie", nie wiedzą, o czym mówią.

Masz na myśli, że nie widzą „kogo" wyrażają?

„Wyrażam siebie" to zwykle pojęciowy banał, intelektualna klisza. „Poznać siebie to siebie zapomnieć" pisze Siunriu Suzuki w książce „Umysł Zen, umysł początkującego". Kiedy zapominamy o naszych wyobrażeniach na temat siebie, ujawniamy kim jesteśmy naprawdę. Kiedyś, po skończonym koncercie, do amerykańskiego awangardowego pianisty i kompozytora Fryderyka Rżewskiego zwróciła się z pytaniem pewna nowojorska dama: „Mistrzu, co pan chciał przez to wyrazić?", Rżewski zawołał: „Właśnie to", i jeszcze raz wykonał cały utwór od początku do końca.

Jak muzyka funkcjonuje w twoim codziennym życiu? Czy jakoś nadaje ci rytm?

To nie jest kwestia rytmu, tylko praktyki. Często zaczynam dzień od wyobrażeń dźwiękowych, ćwiczę interwały, skale, układam melodie. Bez instrumentu. Po prostu ćwiczę słuch.

Czyli zamiast myśli i pojęć masz w głowie dźwięki?

Naturalnie nie przez cały dzień. Z uwagi na zajęcia, które prowadzę w krakowskiej Szkole Teatralnej i otwarte warsztaty pracuję nad nowym solfeżem, nową metodą zapamiętywania wysokości dźwięków.

Opowiesz więcej o solfeżu? Uczysz go na warsztatach „Droga dźwięku - droga ciszy".

Ta bardzo stara tradycja i praktyka. Jak długo człowiek uczył się muzyki, powstawała potrzeba, by muzyka nie była zaledwie tylko umiejętnością grania na instrumencie, lecz kondycją naszego ciała i umysłu. To nie instrument tworzy muzykę, tylko muzyk „poszerza się" o instrument. Zaczynanie uczenia się muzyki od nauki gry na instrumencie, to „stawianie konia za wozem".

Muzyka to trochę jak dostrajanie się do świata, szukanie harmonii sfer.

Z ręką na sercu: nic nie myślę o żadnej harmonii sfer, o żadnych wzniosłych rzeczach. Po pewnym czasie praktyka muzyczna staje się aktem fizjologicznym. Jak oddawanie moczu, albo branie oddechu. Wynika z prostej potrzeby tworzenia. Komponowanie jest tym samym co robienie omletu. Zamiast jajek są dźwięki różnej wysokości. Zamiast mąki jest cisza. Cóż w tym wzniosłego?

Teraz mieszkasz w domu po swoim ojcu. Czy czujesz, że coś po nim dziedziczysz? Na ile czujesz się częścią jakiejś przeszłości?

Moi rodzice się rozeszli, gdy byłem w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Zamieszkałem z mamą i babcią. Ojciec, który wcześniej był dla mnie ideałem, wzorem, w moim umyśle został skompromitowany jako osoba, która nie dała mi oparcia w dzieciństwie. Miałem do niego żal. Potem, z wiekiem coraz lepiej rozumiałem trudną sytuację ojca. Z czasem ten żal był coraz mniejszy, a pojawiało się współczucie. Cóż dziedziczę? Pewne gesty ojca, co uświadamia mi żona i dzieci. Dobrze się czuję z jego rzeźbami. Może nawet bardziej poznaję ojca poprzez rzeźby niż przez bezpośredni kontakt z nim. Poza tym dzięki niemu mieszkamy na wsi. A jednocześnie na tyle blisko Krakowa, że nie jest to jakieś wyrzeczenie.

Ile masz teraz zwierząt?

Teraz jest osiem psów, czternaście kotów i koń, którym opiekuje się moja żona.

Żona działa w fundacji na rzecz zwierząt?

Tak, to ona nauczyła mnie miłości do zwierząt. Jestem jej za to bardzo wdzięczny. Kiedy czujemy bliskość zwierząt, świat wydaje się nam coraz bardziej przyjazny. Pomiędzy nami a zwierzętami nie ma wielkiej różnicy. Są one naszymi wrażliwymi krewnymi. I to sprawia, że od wielu lat unikam mięsa.

Kierunek jest taki, żeby powodować jak najmniej cierpienia?

To, żeby nie sprowadzać cierpień na innych, wydaje mi się zakorzenione w każdym wrażliwym człowieku. Pytanie, jak to realizujemy i na jakim obszarze. Tracąc kotlet schabowy, zyskujemy przyjaciół. Człowiek dobrze się czuje, kiedy ma dużo krewnych. To przełamuje jego poczucie samotności, alienacji.

Swego czasu poczucie alienacji było punktem honoru. Dowodem wyższej świadomości.

No cóż, czasy się zmieniają, a ludzie po bolesnych doświadczeniach weryfikują poglądy. W młodości byłem zafascynowany krakowską Piwnicą pod Baranami, spadkobierczynią XIX-wiecznej bohemy z ideą autodestrukcji jako drogi do wolności.

Grałeś tam czy tylko przychodziłeś?

Nieco wcześniej, w latach 60. związany byłem jako kontrabasista z czołówką polskiego jazzu. Pod koniec tych lat związałem się zawodowo z grupą Anawa i Markiem Grechutą, do której nieco później wciągnąłem rockowego gitarzystę i anglistę Marka Jackowskiego. Razem z Markiem oraz malarzem i perkusistą Tomkiem Hołujem rozpoczęliśmy muzyczne i duchowe poszukiwania. Na jednej z prywatnych biesiad usłyszał nas Zygmunt Konieczny i zaprosił do Piwnicy. To tam urodził się Osjan.

Gdzie się zetknąłeś po raz pierwszy z buddyzmem zen?

Śmierć mojej mamy i przyjaciela spowodowała że w latach siedemdziesiątych zacząłem rozpaczliwie szukać praktyki duchowej, która pomogła by mi odpowiedzieć na fundamentalne pytania egzystencjalne. Już wcześniej zerwałem kontakt z Kościołem, który wydał mi się anachroniczny, a jego praktyki powierzchowne. Pierwszą informację o buddyzmie zen przeczytałem w książce Ericha Fromma. Okazało się, że zen zafascynował, wówczas jaszcze teoretycznie, moich kolegów z zespołu i niektórych fanów Osjana.

Pod wpływem wydanej na powielaczu lektury książki „Trzy filary zen" uformowała się w Katowicach grupa osób, które zainicjowały praktykę zen w Polsce. Mecenasem tego ruchu był malarz Andrzej Urbanowicz. W 1972 roku ściągnęliśmy do Polski autora książki, a później naszego nauczyciela, Filipa Kapleau. Poprowadzony przez niego warsztat, a później intensywny trening uświadomiły mi, że zarówno filozoficzna, jak i praktyczna strona tej praktyki duchowej są mi bardzo bliskie. Złożyłem ślubowanie buddyjskie i zostałem formalnym buddystą

Czasami łatwiej żyć w zgodzie ze zwierzętami niż z ludźmi.

Z ludźmi jest o tyle trudniej, że często narażamy się na niebezpieczeństwa, które niesie język. Z jednej strony pomaga porozumieć się, ale równie często jest narzędziem, często brutalnej konfrontacji. Ta dychotomiczna cecha języka wpływa na wypaczony sposób widzenia rzeczywistości. Niepokoi mnie to, co można nazwać szowinizmem gatunkowym. Człowiek namaszcza sam siebie na władcę świata. Wszystko ma mu być podporządkowane. Musimy być uważni, by nie ulegać wszelkim szowinizmom.

A jak sobie radzisz z negatywnymi uczuciami?

Nie radzę sobie. Czynię zaledwie pewne wysiłki.

Jakie są twoje plany na przyszłość; cele, do których dążysz?

Chciałbym jak najmniej szkodzić. Jak najmniej siać zamętu i gniewu. Nie oszukiwać. Plany tzw. artystyczne wydają się czymś drugorzędnym. Jeżeli się nie pojawi propozycja ze strony reżyserów, ze strony teatru, żeby napisać muzykę, nie będę z tego powodu nieszczęśliwy. Takie poczucie niezależności pojawiło się we mnie po epizodzie życiowym, jakim było uczestniczenie w kręceniu filmu „Niebieski". Zagrałem w nim epizodyczną rolę ulicznego muzyka. Przyszedłem trochę wcześniej na róg ulicy, przed filmową ekipą, wyciągnąłem flet i zacząłem grać. Podeszła do mnie starsza pani i wrzuciła mi do kieszeni pięć franków. W sensie symbolicznym było to dla mnie największym honorarium. Zrozumiałem, że czy to będzie teatr, czy to będzie Osjan, czy to nie wiem co będzie, to jestem niezależny. Mogę wyjść na róg ulicy i zagrać. Zresztą kiedyś grałem na ulicy. To nie tylko trening pokory, ale też wspaniałe poczucie wolności.

Nie warto za bardzo wybiegać myślami w przyszłość i na chwiejnych nadziejach budować wyobrażenia tego, co powinno być. Jeżeli potrafimy czerpać radość z każdej chwili spędzonej z drugą osobą, to czego więcej chcieć?! Jak się nie chce zbyt wiele, wtedy wszystko jest nasze.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną