Andrzejewicz Gosia

Pudelek zagryzł Gosię
Plotkarskie media cyklicznie kreują królową obciachu. Wyśmiewają, przeżuwają i wypluwają. Koronowaną na czas dłuższy Mandarynę zdetronizowała w ubiegłym roku Gosia Andrzejewicz. Dziś jej kadencja dobiega końca.

Tata Gosi zrobił dokładny wykres informacji na Pudelku, portalu zamieszczającym plotki z życia gwiazd, gdzie granatowa linia oznacza ilość newsów o Gosi, a czerwona ilość kłamstw na jej temat. Granatowa i czerwona wyraźnie pięły się w górę na wiosnę, osiągając w szczycie po kilkanaście newsów miesięcznie. Teraz zaczęły lekko opadać. Jeśli chodzi o czerwoną linię, to tata Gosi wymienia kolejno: to nieprawda, że sprzedawała autografy po 4 zł, sprzedawała swoje zdjęcia, na których się podpisywała; to nieprawda, że gdy śpiewała w galerii handlowej, to słuchało jej tylko sześć osób, bo było o wiele więcej; to nieprawda, że ma żółte zęby, Pudelek specjalnie tak wyretuszował zdjęcie; to nieprawda, że gdy przebrana za świętego Mikołaja rozdawała autografy, to nikt do niej nie podchodził, a do Uli Dębskiej tak, bo było dokładnie na odwrót; to nieprawda, że jej płyty były w Tesco przecenione na 5,99 zł, tata dzwonił w tej sprawie do dyrektora sklepu, ktoś z Pudelka musiał je podłożyć do przeceny, żeby zrobić zdjęcie i news. Tata nie rozumie, kto i dlaczego chce zniszczyć Gosię, przecież to taka miła i fajna dziewczyna.

Nieczysty układ na zlecenie

Dla niezorientowanych i niewchodzących na Pudelka: Gosia Andrzejewicz to piosenkarka. Doczekała się nawet notki w Nonsensopedii, czyli internetowej encyklopedii humoru: „polska wokalistka, która wydała płytę »The Best of Gosia Andrzejewicz«, na której umieściła swoje najlepsze dwanaście kawałków z czternastu, jakie do tej pory nagrała. Gosia jest bardzo popularna w kręgach własnych fanów, jednak część z nich myli ją z Kasią Cerekwicką. Największy odsetek fanów obu pań stanowią dziewczynki w wieku 9–12 lat. Sławę przyniosła jej reklama napojów gazowanych Zbyszko, po której jej piosenka zaczęła być znana, problem w tym, że pod nazwą »Trzy cytryny«. Pośpiewała też na jakichś festiwalach”.

 

Według Gosi i jej taty to właśnie od festiwalu zaczęła się cała nagonka. W ubiegłym roku w Opolu Gosia po głosowaniu widzów zdobyła dwie Superjedynki, jako Debiut Roku i Wokalistka Roku. Bo wbrew sarkazmowi Nonsensopedii Gosia jest naprawdę popularna, choć faktycznie głównie wśród nastolatek. Już wcześniej jej piosenki zdobywały miejsca na listach przebojów, zebrała sporo nagród, płyta uzyskała status złotej, a w Internecie jest parę tysięcy blogów i stron prowadzonych przez jej nastoletnich fanów, nazywających siebie gosiomaniakami. Problem zaczął się wtedy, gdy okazało się, że podczas opolskiej gali trzeba zaśpiewać na żywo. I chociaż w końcu zaśpiewała, awantura przedostała się do mediów.

Gosia nie śpiewa z playbacku, ale z półplaybacku, jak większość polskich gwiazd. Nie ma głosu Edyty Górniak czy Anny Marii Jopek. Śpiewa poprawnie, tak jak Brodka, Lesz czy Cerekwicka, a do tego ma potencjał, bo sama jest w stanie napisać przebój – deklaruje jej ówczesny menedżer i wydawca Remik Łupicki z firmy My Music. Dlaczego więc padło na Gosię? – W poprzednim roku w Sopocie kompromitujący występ na żywo Mandaryny przyciągnął ogromną widownię. Każdy chciał to zobaczyć, żeby się pośmiać. Tym razem festiwal opolski promowano sugestią, że będzie się można pośmiać z Gosi – tłumaczy.

Potem zaproszono ją do TVN i z zaskoczenia poproszono o zaśpiewanie na żywo. Odmówiła. A potem w wywiadach zaczęła opowiadać, że kompromitujący ją program nakręcono na czyjeś zlecenie, że ktoś chce ją zniszczyć, a dziennikarze TVN są nierzetelni, sprzedajni i powiązani z nieczystym układem. Zdaniem Tomasza Łysakowskiego, medioznawcy ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, popełniła najgorszy błąd, jaki może się przytrafić osobie publicznej. – Gdy dziennikarzy uzna się za wrogów, ma się jak w banku, że będą bezlitośnie czatować na każde potknięcie. Na scenie politycznej był to przypadek Jarosława Kaczyńskiego – wyjaśnia. Po tym tron królowej obciachu był już dla niej zarezerwowany.

Na antypodach Dody

Dawid Ozdoba kąpie się w slipkach – to jedna z ostatnich informacji na Pudelku. Można by zapytać, dlaczego jest to news? I kim jest Dawid Ozdoba (striptizerem, byłym narzeczonym Edyty Herbuś, byłej gwiazdy „Tańca z gwiazdami”). Media kreują na własne potrzeby cały wirtualny świat ludzi znanych z tego, że są znani, wyrobów gwiazdopodobnych czy – jak mówi Kuba Wojewódzki – osób chwilowo oddelegowanych do pełnienia roli gwiazdy. W Pudelku przyznają, że mogli rozwinąć skrzydła, gdy na dobre ruszyła produkcja celebrytów w serialowych tasiemcach, sitcomach, programach typu „Idol”, „Big Brother” czy „Gwiazdy tańczą na lodzie”.

Nie ma fenomenu Gosi Andrzejewicz, Edyty Herbuś czy braci Mroczek – tłumaczy Wojewódzki. – Jest fenomen mediów, które potrzebują wciąż nowych bohaterów choćby po to, by ich zabić w jednym odcinku i cudownie wskrzesić w następnym. To współcześni gladiatorzy, którzy wypełniają zapotrzebowanie na igrzyska. Dzisiejsza publiczność to narkomani sensacji, codziennie potrzebują nowej dawki toksyny.

Dariusz Kołtko, rzecznik prasowy portalu o2.pl, który jest właścicielem Pudelka, przyznaje, że ich produkt może uzależniać. – Znam mnóstwo osób, które mówiły, że się w to nie bawią, bo to nie dla nich, a jak zaczęły wchodzić, to nie mogą przestać – twierdzi. Między plotkarskimi mediami a celebrytami panuje rodzaj trudnej symbiozy. Serwisy potrzebują bohaterów, ale gwiazdki i wyroby gwiazdopodobne potrzebują tych mediów jak tlenu, bo bez nich nie istnieją, nikną, zapadają się w anonimowość. A to jest w branży gorsze niż śmierć. Paradoksalnie ci, którzy glanują i niszczą polskie gwiazdki, przedłużają im życie. Tylko że w tę grę trzeba umieć grać.

Niektórzy znoszą to dobrze, mówiąc: niech pudelki ujadają, póki sprzedaż rośnie. I to jest przypadek Dody, która umiejętnie polemizuje z mediami i potrafi je wykorzystać. Drwią z jej śmiechu? OK, robi z niego znak firmowy – opisuje Tomasz Łysakowski. – Po drugiej stronie są takie przypadki jak Britney Spears czy Michael Jackson, które stają się medialnym pośmiewiskiem. Łatwo kleją się do nich etykiety. To już nie nakręca zainteresowania, ale może medialnie zabić. I to jest prawdopodobnie także przypadek Gosi.

W oblężonej twierdzy

Faktycznie, jest idealnym typem ofiary. Prowincjonalna gwiazda Polski B, wyśpiewująca infantylne teksty, które prof. Jerzy Bralczyk analizuje na seminariach ze studentami jako przykład językowego kiczu i emocjonalnego prymitywizmu, raz zbyt słodka, raz z syndromem oblężonej twierdzy, histerycznie reagująca na wszelką krytykę. W dodatku pozbawiona fachowego zaplecza marketingowego. – Wycofałem się ze współpracy z Gosią, kiedy stwierdziłem, że jest całkowicie ubezwłasnowolniona przez autorytarnego ojca, który kieruje każdym jej krokiem – deklaruje Remik Łupicki. – Chcieliśmy jej zrobić fachowy, nowoczesny PR. On robi go w stylu wieś tańczy i śpiewa. A po każdym koncercie rozstawia straganik ze zdjęciami po parę złotych i notuje zyski w kajeciku. Gosia jest dla mnie cały czas bliską osobą, ale jej promocja w rękach ojca to medialna agonia.

Miesiącami Gosia rozgrzewała plotkarskie serwisy do białości. Bawiono się spekulacjami: czy powiększała biust, czy na zdjęciu w „Super Expressie” miała majtki, czy zmieniła nazwisko z Andrzejczuk na Andrzejewicz, żeby brzmiało mniej wschodnio, a bardziej jak Bartosiewicz. Opisywano, że z oszczędności pojawia się stale w tej samej tunice za 49 zł 50 gr albo że gdy wystąpiła w pizzerii w Myszkowie, wywiesiła kartkę: Zakaz fotografowania. Nawiasem mówiąc, według psychologów wygląda to na klasyczną reakcję lękową i nieporadną próbę kontroli swojego wizerunku.

Miała pecha; gdy wymyśliła sobie nowy pseudonim Pearline, internauci natychmiast wykryli, że podobnie nazywa się firma produkująca sedesy. Do Pudelka dołączyły inne portale. Zaczęła wygrywać rankingi na obciach tygodnia i obciach miesiąca. W konkursie na najgorzej ubraną Polkę zajęła drugie miejsce. Tegoroczny żart primaaprilisowy głosił, że zaproszono ją, by zaśpiewała hymn Polski w Pekinie. Właściwie nie mogła już zrobić ani powiedzieć nic, co nie zostałoby bezlitośnie wydrwione. A po każdym newsie szły tysiące komentarzy internautów: zero, tandeciara, beztalencie.

Według psycholożki Ewy Wojdyłło, można to już określić jako bulling, czyli społeczne znęcanie się. Ten sam mechanizm można zaobserwować w szkole czy na podwórku, gdy grupa wybiera sobie kozła ofiarnego. Bulling podnosi znęcającym się poczucie własnej wartości. Umiejętność dokuczania i drwienia powoduje, że zyskuje się w oczach innych. I tu także Gosia idealnie wpisuje się w rolę ofiary.

Jej prowincjonalność sprawia, że wielkomiejscy nuworysze i neofici mogą ją z przyjemnością skopać, podnosząc sobie samoocenę i utwierdzając we własnej wielkomiejskości – tłumaczy Wojewódzki.

W perpetuum mobile

Twórca Pudelka Michał Brański twierdzi, że portal ma misję moralizatorską. Piętnuje hipokryzję celebrytów, którym uderzyła sodowa i nakłuwa rozdęte balony pseudosław. Może po części. Ale hipokryzją jest twierdzić, że nie chodzi tu także o to, by się zabawić cudzym kosztem.

Faktycznie fajniej jest pooglądać cellulit gwiazdy niż własny – przyznaje Dariusz Kołtko. – I są w tym emocje, bo to portal rozrywkowy, a nie Polska Agencja Prasowa. Jednocześnie zaprzecza, że wybierają sobie ofiary. Krytyczne artykuły to tylko echo aktywności samych celebrytów. – Można powiedzieć: rewers dziwnych kultów, które tworzą się wokół gwiazd.

Wygląda na to, że Pudelek wymyślił perpetuum mobile. Nie tylko sam podtrzymuje istnienie pseudogwiazd, z których żyje, ale sprawił, że odbiorcy newsów są jednocześnie ich dostarczycielami. W portalu pracuje czterech dziennikarzy (absolutnie anonimowych). Mają oczywiście siatkę płatnych informatorów w otoczeniu celebrytów (choć niektórzy donoszą podobno gratis, z czystej złośliwości) i korzystają z usług profesjonalnych paparazzich, ale coraz więcej newsów to donosy od odbiorców. W czasach, gdy każdy ma aparat fotograficzny w telefonie, coraz więcej amatorów zmienia się w łowców sensacji. Najczęściej wcale nie chcą od Pudelka pieniędzy. Wystarczy satysfakcja, że złowiony donos trafił na łamy. I tak to się kręci, z kilkoma milionami wejść na stronę miesięcznie.

Według Kuby Wojewódzkiego, który ma w tej mierze doświadczenia osobiste, działa to na zasadzie: dajcie mi zdjęcie, a ja wam dam sensację.

Kiedy na placu Trzech Krzyży wpadł na mnie pijany rowerzysta i ktoś to sfotografował, następnego dnia przeczytałem we wszystkich mediach, że to ja pijany wpadłem na rowerzystę. Innym razem w Sopocie szliśmy objęci z Oliwierem Janiakiem i jego żoną Karoliną. Na zdjęciu obcięto Janiaka i napisano, że bzykam mu żonę – opowiada. – Portale plotkarskie są jak słynny z „Rejsu” napis w kiblu, że „Kaowiec jest głupi”, tylko, że podniesiony do milionowej cyberpotęgi. I tu, i tam cudowna anonimowość, która bezkarnie pozwala ulać sobie żółci.

Większość gwiazd deklaruje, że na plotkarskie portale nie wchodzi, ale i tak wszyscy doskonale się orientują, co właśnie napisały. Gosia też nie wchodzi. Mówi, że przestała jakiś czas temu, bo czuła się prześladowana, jakby zamknięta w psychicznym więzieniu. Ale przyznaje, że większość plotek i tak do niej dociera za pośrednictwem fanów. Kiedy może, zaszywa się w Bielsku-Białej, gdzie mieszka, bo tam nie ma paparazzich, przynajmniej na razie. W Warszawie bywa, kiedy musi. Koncerty gra niemal wyłącznie w małych miasteczkach. Nie bierze udziału w programach telewizyjnych, prawie nie wypowiada się publicznie. Pracuje nad nową płytą, choć po tym, jak My Music zerwało współpracę, nie wiadomo, kto ją wyda.

Ja żyję w chmurach, całą stroną organizacyjną zajmuje się twardą ręką mój tata – deklaruje Gosia.

Jak może, stara się zejść z linii strzału i jest szansa, że to się uda. Właśnie kreowana jest nowa królowa obciachu – Jola Rutowicz. Kto to jest Jola Rutowicz? A to już proszę sobie sprawdzić na Pudelku.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj