Rozmowa z Mike'em Leigh

Jak żyć, żeby nie zwariować
"Interesuje mnie wszystko, co jest związane z ludzką psychiką" - mówi autor komedii 'Happy-go-lucky, czyli co nas uszczęśliwia'.

Janusz Wróblewski: – Po serii mrocznych dramatów, takich jak „Vera Drake” czy „Sekrety i kłamstwa”, nakręcił pan sympatyczną, niemal beztroską komedię o tym, jak być szczęśliwym w ponurych czasach.

Mike Leigh: – To nie jest film o szczęściu. W każdym razie nie mówi o takim szczęściu, jakie osiągamy paląc trawkę, pijąc alkohol albo biorąc narkotyki. Tytuł jest mylący. Chodzi o lekkość, umiejętność zachowania pogody ducha, radości z bardzo przyziemnych spraw.

Po takim pesymiście jak pan prędzej należało się spodziewać bezkompromisowej satyry na brytyjską klasę średnią, mocno przeżywającą skutki kryzysu ekonomicznego, niż naładowanego pozytywną energią filmu o trzydziestoletniej nauczycielce. W wieku 65 lat odzyskał pan radość życia?

Wiek dojrzały ma, jak widać, swoje dobre strony. Dostrzega się rzeczy, na które wcześniej nie zwracało się uwagi. Docenia się towarzystwo ludzi. Łatwiej się wybacza błędy. Z czasem człowiek łagodnieje.

 

Patrząc na pańską bohaterkę trudno jednak zrozumieć jej dobre samopoczucie. Poppy grana przez Sally Hawkins uczy w podstawówce, zarabia mało, stać ją jedynie na wynajmowanie skromnego mieszkania, i to razem z przyjaciółką, nie ma chłopaka…

Za to przyzwoicie wykonuje swój zawód. Pensję dostaje zgodnie z kwalifikacjami. I w końcu trafia na właściwego mężczyznę. Pieniądze nie są dla niej najważniejsze, co wydaje mi się znaczące. Jej marzeniem nie są wizyty w supermarkecie i oglądanie telewizji. Myśli pozytywnie. A realizację potrzeb materialnych odkłada na później. Spełnia się w kontaktach międzyludzkich. Z nich głównie czerpie przyjemność.

Poppy i Vera Drake, tytułowa bohaterka pańskiego poprzedniego filmu, pomagają innym. Ta cecha je łączy. Dlaczego dobroczynność tak pana fascynuje?

Interesuje mnie wszystko, co jest związane z ludzką psychiką. Nie tylko ten jeden aspekt. Gdyby zapytał mnie pan, dlaczego w innych filmach pokazuję tylko nędzę, oschłych, surowych ludzi i negatywną stronę życia, odpowiedziałbym tak samo.

Co w takim razie urzekło pana w Poppy do tego stopnia, że zrezygnował pan nawet w filmie z ironicznego komentarza na jej temat?

Jej absolutnie wyjątkowy charakter. Brak cynizmu i idealizm. Poppy jest dojrzałą, mądrą kobietą, która zachowuje się dziwacznie, wręcz prowokacyjnie, co wynika z jej poczucia humoru i skłonności do anarchii. Sama dokonuje wyborów. Ceni niezależność. Nie prowadzi jednak beztroskiego życia. Często się śmieje, jest wesoła, ale to raczej jej styl aniżeli nieodpowiedzialność. Umie być otwarta, spontaniczna, szczera. Wie, jak dzielić się miłością, mimo że nie zawsze jej zachowanie wzbudza życzliwość i sympatię.

Przesadne, egzaltowane reakcje Poppy przypominają przekomarzanie się dziecka. Chwilami mam wrażenie, że ona nie wstydzi się śmieszności, nie dostrzega swojej naiwności.

Ona nie jest rozkoszną, słodką idiotką. Nie przypomina też zaprogramowanych bohaterek kina akcji, które mając kłopot, konsekwentnie dążą do jego rozwiązania. To żywa, prawdziwa osoba. Reaguje jak każda normalna dziewczyna z ulicy. Podoba mi się jej entuzjazm, spokój wewnętrzny, inteligencja. Poppy jest egocentryczką, ale nie narzeka, nie skarży się, nie zrzędzi. Jak kradną jej rower, to wie, że płaczem go nie odzyska. Więc nie rozpacza. Jest w tym pewna filozofia, której pan być może nie dostrzega lub nie chce docenić. Proszę zwrócić uwagę, że kiedy w jej klasie uczeń sobie nie radzi, Poppy tego nie bagatelizuje. Nie uśmiecha się głupio i nie zbywa go żartem. Tylko razem z psychologiem stara się mu pomóc.

Wierzy pan, że taka postawa stanowi receptę na zło naszych czasów?

Mam taką nadzieję. Otacza nas chaos. Żyjemy w ciągłym poczuciu zagrożenia. Ludzie są bezsilni. Dominuje strach. Odbijamy się od ściany, bo świat Europy nie akceptuje. Pomijając kwestię odrodzenia fundamentalizmu religijnego, wszędzie panuje przerażenie, smutek. Mamy więc powody, żeby się martwić. Są jednak ludzie, tacy jak Poppy, którzy zaszczepiają optymizm. Podtrzymują wiarę w lepszą przyszłość. Pokazują, jak to wszystko przetrwać. O tym tak naprawdę jest ten film.

Uwaga skupiona w zasadzie na jednej tylko postaci była ogromnym obciążeniem dla aktorki. Jak pan nią kierował, żeby nie czuła tej presji?

Z Sally Hawkins spotkałem się już po raz trzeci. W filmie „Wszystko albo nic” wcieliła się w niezbyt inteligentną, bezczelną nastolatkę z osiedla. W „Verze Drake” zagrała zdesperowaną ofiarę gwałtu, która próbowała nielegalnie dokonać aborcji.

Znamy się więc dość długo. Nasza współpraca była czymś naturalnym. Wiedząc, jak dobrą jest aktorką, szukałem dla niej większej roli, która pozwoliłaby w pełni rozwinąć jej talent. Chciałem wykorzystać jej energię, żywotność, ciepło, humor. Ale to nie znaczy, że Sally zagrała siebie. Z Poppy łączy ją tylko witalność.

Trudno to sobie wyobrazić. Hawkins jest tak przekonująca, że ma się wrażenie absolutnej jedności postaci i aktorki.

Proces budowania charakteru Poppy trwał bardzo długo. Zanim rozpoczęliśmy zdjęcia, próby ciągnęły się ponad sześć miesięcy. Codziennie po kilka, kilkanaście godzin. Intuicyjnie wiedziałem, w którą stronę należy się poruszać. Ale nie znałem wielu szczegółów jej historii. Nie miałem na przykład gotowego zakończenia. Bez pomocy aktorów do niczego bym nie doszedł.

Scenariusz pisaliście razem?

Tekst powstawał w trakcie pracy nad rolą. Dzięki rozmowom, poszukiwaniom, próbom zrozumienia Poppy. Wspólna podróż, jaką odbyliśmy, dała nam poczucie sensu i określiła konwencję filmu. Już dawno zdałem sobie sprawę, że intensywna faza przygotowań daje lepsze rezultaty niż interpretowanie napisanego wcześniej tekstu. Improwizujesz, szukasz odpowiedniego zdania, wyrzucasz zbędne słowa, eliminujesz fałszywe gesty. Wtedy dopiero można dokonać precyzyjnego zapisu.

Na planie nikt już potem niczego nie zmienia. Każdy wie, po co i dlaczego coś robi. Ale jeśli pan liczy, że zdradzę panu sekret, jak do tego technicznie dochodzimy, to się pan zawiedzie.

Stosuje pan pewnie magiczne zaklęcia.

Za każdym razem, kiedy zaczynam pracę, mówię aktorom, że nie wiem, o czym będzie film. Nie wyjaśniam, kim jest postać, bo dopiero mamy ją wspólnie stworzyć. Ustalamy wyłącznie podstawowe relacje między bohaterami. Cała reszta wyłania się podczas żmudnych, wielomiesięcznych ćwiczeń. Dzięki temu aktor czuje się panem postaci, którą gra. A jeśli chodzi o rolę reżysera, to przede wszystkim muszę zadbać, żeby nasz wysiłek się nie zmarnował. Kontroluję, narzucam dyscyplinę i równocześnie stwarzam takie warunki, by wszyscy mieli poczucie artystycznej wolności.

I nigdy nie zawiodła pana intuicja?

Owszem, niestety mi się to zdarza. Ale bardzo, bardzo rzadko. W ogóle robienie filmu obarczone jest olbrzymim ryzykiem. Zwłaszcza wtedy, gdy autor – tak jak ja – odkrywa, czym jest film w trakcie jego kręcenia. To bardzo niebezpieczna metoda.

Pomimo jasnego, pozytywnego przesłania wyczuwa się w „Happy-go-lucky” podskórny gniew. Mam rację?

Robię filmy, bo ogromnie przejmuje mnie życie, które jest niejednoznaczne i złożone. Obok współczucia, zaangażowania, lęku – odczuwam złość. „Happy” to wynik moich obserwacji. Dlatego komedia ma znamiona tragedii, a ból i cierpienie pojawiają się w chwili największej radości.

Jak podczas lekcji tańca flamenco i w trakcie nauki jazdy samochodem. Ludzie, którzy próbują w pana filmie czegoś innych uczyć, są w istocie głęboko zranieni, nieszczęśliwi, nie radzą sobie z frustracją. Tylko Poppy udaje się ocalić niewinność.

Tak. Nauczycielka flamenco odreagowuje w tańcu zdradę. A instruktor z kursu prawa jazdy stara się ukryć, że jest niekochany, nie potrafi nawiązać bliskiego kontaktu z kobietą. On jest kompletnie pozbawiony poczucia humoru, o czym m.in. świadczy wymyślona przez niego teoria Enraha. Wścieka się, gdy Poppy nie traktuje go poważnie. Ich relacja opiera się na kontraście i niezrozumieniu. Ona, widząc jego napięcie, stara się go rozbawić, on bierze to za coś więcej.

Przekazywanie wiedzy i błędy w uczeniu to zresztą jeden z tematów pańskiego filmu.

Jestem reżyserem i moja praca polega na nieustannym związku z aktorami, ekipą. Dlatego często się zastanawiam, na czym polega idealna relacja mistrz–uczeń.

Jak nauczać, by nie skrzywdzić tego, kto ma wykonać polecenie. Dlaczego dochodzi do porozumienia, a w jakich sytuacjach jest ono niemożliwe.

Pan, naturalnie, utożsamia się z nienawidzącym świata instruktorem?

Co innego jest utożsamiać się, a co innego znajdować się w podobnym stanie. Nie mogę powiedzieć, że nic mnie z nim nie łączy. Podejrzewam, że w każdym człowieku gnieździ się jakaś cząstka jego nienawiści, choć zdaję sobie sprawę, że on jest przypadkiem skrajnym. Wymagającym być może psychiatrycznej pomocy. W głębi duszy wszyscy jednak czujemy się niedowartościowani, zagubieni, odepchnięci. Świat zaś nigdy nie jest czarno-biały.

Współczesne kino rzadko zajmuje się złożonościami ludzkich postaw i niejednoznacznością świata. Przepraszam za akademizm tego pytania, ale jak pan rozumie realizm w kinie?

Kiedy miałem 12 lat, zmarł mój dziadek. Jego pogrzeb odbywał się w mroźny, zimowy dzień w Manchesterze. Wszędzie ślisko. Trzeba było uważać, żeby nie upaść. Czterech dobrze zbudowanych, wysokich mężczyzn, wynosząc z kościoła jego trumnę, o mały włos nie wywróciło się na schodach. Pomyślałem sobie, że to świetny pomysł na film. Pokazać prawdziwych ludzi z ich rzeczywistymi problemami, czego w hollywoodzkim kinie nigdy się nie zobaczy.

Tak po prostu sfotografować życie i umieścić je na ekranie?

To niby oczywiste. Sztuka nie polega jednak na mechanicznej rejestracji tego, co jest. Naturalizm mnie nie pociąga. Chodzi o wyciąganie esencji. Trzeba szukać prawdziwych motywacji, prawdziwych sytuacji, które coś znaczą. Samo opowiadanie historii to za mało.

A co znaczyła tamta scena?

Bezradność wobec śmierci. Misterium życia. Groteskowość losu. Tylko że przeżywając ją, jeszcze o tym nie wiedziałem.

 

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj