Recenzja filmu: "Zły porucznik", reż. Werner Herzog

Zły porucznik
Film - dziwoląg, który komercyjnie nie rokuje najlepiej, ale zwolenników też powinien mieć.

Kto pamięta „Złego porucznika” Abla Ferrary ze świetną rolą Harveya Keitela, może spokojnie odetchnąć. Film Wernera Herzoga, mimo że identycznie zatytułowany, zwyczajnym remakiem nie jest. Trudno zresztą byłoby powtórzyć sukces pierwowzoru, mechanicznie go kopiując, tylko z inną obsadą. Ponury, bluźnierczy moralitet rozegrany w nowojorskich realiach, ze słynną sceną gwałtu na zakonnicy w kościele, a później próbą moralnego odrodzenia zdeprawowanego gliniarza, stał się dziełem kultowym i przetrwał próbę czasu. „Zły porucznik” Herzoga to jakby nowy rozdział całkiem innej historii osadzonej w zrujnowanym po przejściu huraganu Nowym Orleanie.

Tytułowego policjanta gra przygarbiony, bełkocący trzy po trzy Nicolas Cage, który z trudem i niestety bez wdzięku próbuje budować dramat sumienia. Niemoralny porucznik w jego wykonaniu jest wzbudzającym litość ćpunem, zasypiającym w trakcie gry wstępnej w łóżku. Gniew wyładowuje na staruszce z podłączonym tlenem na wózku inwalidzkim. Lubi też wymachiwać rewolwerem i nadużywać władzy, ale zamiast grozy budzi śmiech i zażenowanie. Jeśli Herzog planował go skompromitować, upodobniając do cienia gliniarza, to mu się z pewnością udało. W pewnym momencie ważną rolę zaczynają odgrywać w filmie zwierzęta – węże, labradory i aligatory, które osaczają ogłupiałego bohatera, stanowiąc żywy dowód jego paranoi.

„Zły porucznik” stylistycznie w żaden sposób nie przypomina wcześniejszych dokonań niemieckiego reżysera, a tym bardziej jego genialnych dokumentów. Za to widać wpływy Davida Lyncha. W sumie powstał dziwoląg, który komercyjnie nie rokuje najlepiej, ale zwolenników też powinien mieć.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną