Recenzja filmu: "Holy motor", reż. Leos Carax

Ruchomy pomnik
Gdyby stworzyć osobną kategorię filmów dziwolągów, których wartość mierzy się liczbą tzw. numerów, a nie ciężarem psychologicznej opowieści, „Holy motors” Francuza Leosa Caraxa plasowałby się w ścisłej czołówce.
Eva Mendes i Denis Lavant.
Stowarzyszenie Nowe Horyzonty/materiały prasowe

Eva Mendes i Denis Lavant.

To imponująco odważny, elektryzujący eksperyment formalny, zlepiony z cytatów, odnośników, nawiązań do ponadstuletniej historii kina. Swoją miłość do ruchomych obrazów Carax wyraża poprzez serię zapętlających się epizodów, poświęconych odgrywaniu rozpalających wyobraźnię, ale też kiczowatych, zawsze jednak emocjonujących ról. Przykładowo: żebraka błagającego o jałmużnę, monstrum porywającego piękną kobietę, starca żegnającego się z życiem na łożu śmierci, niewinnie ściganej ofiary, zawodowego zabójcy, rewolucjonisty itd. Wszystkie te maski zakłada po kolei jeden człowiek – grany przez Denisa Lavanta multimilioner, który żegna się rano z familią, wsiada do białej limuzyny, charakteryzuje na filmowego bohatera i po odegraniu kilku scen wraca wieczorem do siebie, nie do końca będąc pewnym, czy przypadkiem znów nie odgrywa jakiejś roli.

„Holy motors” wydaje się pomnikiem wystawionym aktorstwu, ale chodzi też o coś innego. O namiętną, dziką fascynację sztuką, budzenie narkotycznych emocji, jakich ona dostarcza twórcom i wrażliwym kinomanom.

 

Holy motors, reż. Leos Carax, prod. Francja, 120 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną