Recenzja filmu: „Witamy w Nowym Jorku”, reż. Abel Ferrara

Odrażający, wulgarny i zły
„Witamy w Nowym Jorku” budzi nie tyle niesmak i odrazę, co smutek i przygnębienie.
Gerard Depardieu naturalistycznie zagrał postać wzorowaną na Dominique Strauss-Kahnnie
Kino Świat

Gerard Depardieu naturalistycznie zagrał postać wzorowaną na Dominique Strauss-Kahnnie

Zła pornografia w stylu lat 80. Depardieu gra jak zwierzę, które odsłania tyłek i swojego penisa, ale nie duszę. Aktor ryczy jak świnia i zdaje się, że jego otyłe cielsko zaraz eksploduje – w takim mniej więcej tonie (dokładając oskarżenia o obrzydliwy antysemityzm) opiniotwórcza prasa francuska przyjęła prowokacyjny dramat „Witamy w Nowym Jorku” Abla Ferrary. Kina (także w Niemczech) przezornie odmówiły wyświetlania dramatu o aferze Dominique’a Strauss-Kahna, skompromitowanego szefa Europejskiego Funduszu Walutowego oskarżonego o gwałt. U nas, zamiast do internetu, film wchodzi do regularnego rozpowszechniania. Mimo że jest to fikcja fabularna, a nie reportaż śledczy (bohater nazywa się Devereaux), widzom nie zrobi to chyba większej różnicy. Zobaczą na ekranie to, co chcą zobaczyć, czyli dosłowną rekonstrukcję wydarzeń, które skutecznie pozbawiły szans lidera francuskiej lewicy na wygranie wyborów prezydenckich. Zachęca do tego zresztą sam Depardieu, tłumacząc w dołączonym na początku filmu wywiadzie, dlaczego bez wahania przyjął rolę uwielbianego niegdyś polityka oddającego się rozpuście z prostytutkami oraz co czuł, utożsamiając się z potworem wymuszającym seks oralny na czarnoskórej pokojówce.

„Witamy w Nowym Jorku” budzi nie tyle niesmak i odrazę, co smutek i przygnębienie. Sceny erotyczne są wyjątkowo wulgarne, odczłowieczone, faktycznie szokują. Ferrarze nie chodzi jednak o żerowanie na sensacji, zaspokojenie niezdrowej ciekawości. Przygląda się paranoi i seksoholizmowi z takim samym beznamiętnym dystansem jak Pasolini dewiacjom seksualnym faszystów w „Salo, czyli 120 dni Sodomy”. Jego dzieło podobnie jak głośny „Zły porucznik” to przewrotny, ambitny moralitet. Ponure studium zbłądzenia człowieka, dla którego pojęcia grzechu czy sumienia stały się sztucznym tworem, a empatia nie istnieje. Depardieu w rzeczywistości świetnie portretuje politycznego vipa do końca nierozumiejącego swojej winy, czyniącego z arogancji, cynizmu oraz posiadanej władzy jedyną obowiązującą filozofię. Największą zagadką filmu pozostaje jednak ciemna, skomplikowana psychologicznie relacja bohatera z żoną (Jacqueline Bisset) – żądną władzy dziedziczką żydowskiej fortuny, której rodzina rzekomo dorobiła się podczas nazistowskiej okupacji Francji.

Witamy w Nowym Jorku, reż. Abel Ferrara, prod. Francja, 120 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną