Recenzja filmu: „Miara człowieka”, reż. Stéphane Brizé

Prawa rynku
To wielowymiarowy, paląco aktualny dramat egzystencjalny, badający granicę wytrzymałości zwykłego człowieka, poddawanego nieustannej presji.
Za rolę operatora dźwigu Vincent Lindon został nagrodzony w Cannes.
Against Gravity/materiały prasowe

Za rolę operatora dźwigu Vincent Lindon został nagrodzony w Cannes.

Gorzki, oskarżycielski portret kapitalizmu oraz korporacyjnego systemu, w którym prostolinijność, uczciwość i solidarność traktowane są jak nieprzystosowanie. A egoizm, bezduszność, brak empatii – nagradzane. Podobnie jak u braci Dardenne tłem opowieści Stéphane’a Brizé jest kryzys ekonomiczny – biurokratyczna machina i mało skuteczna pomoc socjalna. Oprócz zasiłku, z którego nie da się spłacać kredytów ani wyżywić rodziny, urzędnicy oferują liczne szkolenia, m.in. sztuki autoprezentacji, pewności siebie w rozmowach z przyszłymi pracodawcami. Na czym to w praktyce polega, przekonuje się dowcipny, obdarzony stoickim spokojem bohater „Miary człowieka” – prosty robotnik, operator dźwigu w średnim wieku, uczący się na kursach wysłuchiwania upokarzającej krytyki pod swoim adresem, a potem jako ochroniarz w supermarkecie – donoszenia na kolegów.

Z dydaktyczną, lewicową agitką francuski film ma niewiele wspólnego. To wielowymiarowy, paląco aktualny dramat egzystencjalny, badający granicę wytrzymałości zwykłego człowieka, poddawanego nieustannej presji. Wyciszoną, rewelacyjną kreacją popisał się Vincent Lindon (otrzymał za nią nagrodę aktorską w Cannes). Bez kafkowskiej cierpliwości, wypisanej na jego twarzy pokory i godności film nie byłby tak sugestywny i przejmujący.

Miara człowieka, reż. Stéphane Brizé, prod. Francja, 93 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną