Film

Zakochani widzą słonie

Recenzja filmu: "Zakochani widzą słonie", reż. Dagur Shari

Ofermy, nadwrażliwcy, życiowi bankruci oraz wszelakiej maści złote ptaki

Kiedy zdobywa się na odważne spojrzenie, zza lady uśmiecha się rozpromieniona dziewczyna i niewinnym głosem oświadcza, że go kocha. Facet w popłochu ucieka, nie orientując się nawet, że jest naćpana.

Nie sądzę, aby islandzki reżyser Daguar Kari inspirował się w tej scence charakterystycznym stylem absurdalnych żartów kabaretu Mumio, niemniej cały jego surrealistyczny film o wdzięcznym tytule „Zakochani widzą słonie” składa się z tego typu skeczy, które w sumie tworzą przekonywającą, ironiczną opowieść o niedopasowaniu człowieka do ogólnie przyjętych norm zachowania.

Ofermy, nadwrażliwcy, życiowi bankruci oraz wszelakiej maści złote ptaki, którzy interesują autora tego oryginalnego, nagranego na czarno-białej taśmie, niszowego dzieła, nie nadają się do roli dobrze naoliwionych trybików działających wedle określonej instrukcji. Skrajną nieodpowiedzialnością i nieprzystosowaniem próbują stawić czoła niezrozumiałym przepisom, społecznym rygorom i niepisanym prawom, co – jak łatwo można przewidzieć – kończy się dla nich tragicznie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Bajki dla suwerena. Dlaczego filmy Patryka Vegi są tak popularne?

Rozmowa z dr. hab. Jackiem Wasilewskim o tym, co takiego wie o Polakach Patryk Vega, czego nie wiedzą inni.

Joanna Cieśla
20.03.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną