Recenzja serialu: „Stranger Things”, reż. Matt i Ross Duffer

Rzeczy bywałe
Perfekcyjnie zrealizowany i uroczy powrót do przeszłości, który potrafi też nieźle przestraszyć.
Millie Brown jako Eleven
Netflix/materiały prasowe

Millie Brown jako Eleven

Jeszcze w popkulturze nie opadła fala nostalgii za latami 90., a już pędzi za nią kolejna – sentymentu do lat 80. W kinach pozytywne recenzje zbiera „BFG” – powrót Stevena Spielberga do kina familijnego wielkiej przygody, które właśnie wtedy miało swój najlepszy czas. Do tego gatunku i estetyki lat 80. odwołuje się też – a właściwie doskonale ją kopiuje – ośmioodcinkowy serial Netflixa. Osadzone w scenerii prowincjonalnego miasteczka w Indianie „Stranger Things” łączą motywy znane z „E.T.”, „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” i np. „Goonies” z efektami jak z – mocnych – horrorów. Czwórka uroczych dzieciaków na rowerach prowadzi niezależne od policyjnego śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia przyjaciela. Do tego las i ukryte w nim tajne laboratorium CIA, migające światła, ruszające się ściany, potwory, przerażające eksperymenty i naukowcy jak z „Z Archiwum X”, moda i gadżety z lat 80. i Winona Ryder w roli rozedrganej emocjonalnie matki zaginionego chłopca. Perfekcyjnie zrealizowany i uroczy powrót do przeszłości, który potrafi też nieźle przestraszyć.

Stranger Things, reż. Matt i Ross Duffer, Netflix

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną