Recenzja filmu: „Baby Driver”, reż. Edgar Wright

La La Driver
Amerykańska krytyka oniemiała z zachwytu i już wieszczy Oscary.
Kevin Spacey w roli przerażającego szefa mafii
Tristar Pictures/UIP

Kevin Spacey w roli przerażającego szefa mafii

To już druga tylko w tym sezonie amerykańska produkcja inspirowana „Taksówkarzem”. Na premierę „You Were Never Really Here” Lynne Ramsey (nagroda w Cannes) musimy poczekać, tymczasem z przytupem wchodzi „Baby Driver” – wystylizowane, postmodernistyczne, rockowo-gangsterskie widowisko dla smakoszy gier komputerowych, komiksów oraz trochę bardziej wyedukowanych kinomanów, w dodatku marzycieli, jak Bonnie i Clyde czy bohaterowie musicalu „La La Land”. Cytatów filmowych w „Baby Driver” pojawia się całe mnóstwo, pewnie po to, by widz mógł z pożytkiem wypełnić martwy czas, gdy szybko i wściekle, i oczywiście z beznamiętnym wyrazem twarzy 20-letni zadłużony po szyję u szefa mafii mistrz kierownicy kolejny raz ściga się z policją po zatłoczonych autostradach. Młodzieniec jest wrażliwym sierotą (Ansel Elgort), zakochuje się z wzajemnością w bajecznie pięknej kelnerce granej przez Lily James, która niedawno wzruszała w roli Kopciuszka, a tu jest jak Emma Stone. Żyliby długo i szczęśliwie, gdyby nie Francis Underwood, czyli Kevin Spacey, straszący in person. Amerykańska krytyka oniemiała z zachwytu i już wieszczy Oscary.

Baby Driver, reż. Edgar Wright, prod. USA, Wielka Brytania 2017, 113 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną