Recenzja filmu: „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”, reż. Luc Besson

Krople z walerianą
Najnowszy film Luca Bessona ma ten sam problem co inne współczesne adaptacje znanych, ale stworzonych kilkadziesiąt lat temu, serii komiksowych.
Dane DeHaan (Valerian) i Cara Delevingne (Laureline), z tyłu – reżyser filmu Luc Besson
Kino Świat

Dane DeHaan (Valerian) i Cara Delevingne (Laureline), z tyłu – reżyser filmu Luc Besson

Chodzi o to, że sfera obyczajowa, regulująca relacje między dwójką bohaterów, jest w tej sfilmowanej opowieści nienowoczesna. Para intergalaktycznych policjantów – Valerian (Dane DeHaan) i Laureline (Cara Delevingne) – działa w odległej o 400 lat przyszłości, gdy nadal nie ma równouprawnienia zawodowego. Między policjantami nie ma również żadnej chemii (chyba że krople nasercowe) i trudno, by się pojawiła, bo DeHaan i Delevingne dostali niełatwe aktorskie zadanie grania przez prawie cały film tylko z greenscreenem. „Valerian” przynosi bowiem chyba więcej efektów specjalnych niż wcześniejsze filmy science fiction. Te często są imponujące, odtwarzają ogromne stacje kosmiczne, orientalne bazary z innego wymiaru i setki wypełniających je mniej lub bardziej podobnych kształtem do ludzi przedstawicieli cywilizacji z odległych planet. Efekty bywają piękne, ale zarazem przekombinowane i bezcelowe – jak w długiej sekwencji, gdy intergalaktyczna prostytutka Bubble (Rihanna) zmienia z pomocą magii kilkanaście razy lateksowe ciuchy tylko po to, by usłyszeć od Valeriana, że on właściwie przyszedł do niej w związanej ze śledztwem sprawie.

Taka wizualna jaskrawość uwypukla tylko brak przejrzyście poprowadzonej przez Bessona i angażującej widza emocjonalnie opowieści („Piąty element” czy „Leon zawodowiec” to nie jest). Dwójka policjantów musi uratować swojego dowódcę (prawie nieobecny Clive Owen, potraktowany tak jak wcześniej w filmie Rutger Hauer). Ten został porwany i wciągnięty w zakazaną strefę stacji kosmicznej (tu flaga Chin – jedno z wielu typowych mrugnięć w stronę widzów z Państwa Środka) przez rasę niespecjalnie inteligentnych i błyszczących na perłowo istot z nieistniejącej już planety Mul. A wszystkie strony konfliktu dążą do przejęcia jedynego uratowanego konwertera z Mul, który powiela każdą wrzuconą do niego substancję i występuje w tym długawym, przekoloryzowanym filmie pod postacią pomarańczowej krzyżówki oposa z pancernikiem.

Valerian i Miasto Tysiąca Planet (Valerian and the City of a Thousand Planets), reż. Luc Besson, prod. Francja, 137 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną