Recenzja filmu: „Nigdy cię tu nie było”, reż. Lynne Ramsay

Kiler w traumie
Złożona z niedomówień i hitchcockowskich aluzji fabuła sprawia wrażenie zanurzonych w podświadomości, nakładających się na siebie snów o tonącej w obłędzie spotworniałej rzeczywistości.
Joaquin Phoenix jako mściciel i Ekaterina Samsonov jako ofiara, którą wydobywa z opresji.
Gutek Film

Joaquin Phoenix jako mściciel i Ekaterina Samsonov jako ofiara, którą wydobywa z opresji.

Krwawy kryminał na pograniczu koszmaru sennego i halucynacji, w którym największe wrażenie robi niesamowity nastrój, z podbijającą napięcie transową ścieżką dźwiękową Jonny’ego Greenwooda. Sensacyjna akcja „Nigdy cię tu nie było” o zemście na porywaczach sprzedanej do domu publicznego trzynastolatki nie wydaje się przesadnie skomplikowana. Znacznie ciekawszy jest sposób, w jaki szkocka reżyserka Lynne Ramsey („Musimy porozmawiać o Kevinie”) buduje psychodeliczny portret swego bohatera. Film rozpada się na szereg makabrycznych epizodów, próbujących naszkicować czasami za pomocą jednego krótkiego ujęcia zagmatwaną przeszłość mściciela. Niegdyś najemnika biorącego udział w wojnie na Bliskim Wschodzie, któremu w niewyjaśnionych okolicznościach prawdopodobnie zamordowano żonę i dziecko, a obecnie mordercy do wynajęcia specjalizującego się w rozbijaniu gangów handlarzy żywym towarem.

Nerwowy rytm tego filmu, eliptyczna narracja odpowiadają jakby nie do końca przejrzystemu stanowi umysłu straumatyzowanego kilera o skłonnościach samobójczych, sugestywnie granego przez barczystego, zarośniętego Joaquina Phoenixa. O jego przyrodnim bracie Travisie Bickle’u z „Taksówkarza” – udręczonym i przerażonym oznakami społecznego rozkładu desperacie, walczącym z różnymi odmianami piekła na ziemi – pisano, że przypomina „człowieka z Dostojewskiego, wychodzącego z podziemi na powierzchnię z karabinem i pragnieniem śmierci”. Tu jest podobnie, przy czym autodestrukcyjna misja oczyszczenia Nowego Jorku wydaje się jeszcze bardziej surrealistyczna, gdyż zostaje rozciągnięta m.in. na zdemoralizowane do cna polityczne elity. Interesujące jest też to, że pełen luk i niejasnych emocji świat kilera w przedziwny sposób koresponduje z ukazanym w poetycki sposób stanem psychicznym nieletniej ofiary, próbującej wyprzeć ze świadomości dziejące się wokół wydarzenia. Pewnie dlatego złożona z niedomówień i hitchcockowskich aluzji fabuła (oparta na książce Jonathana Amesa) sprawia wrażenie zanurzonych w podświadomości, nakładających się na siebie snów o tonącej w obłędzie spotworniałej rzeczywistości.

Nigdy cię tu nie było (You Were Never Really Here), reż. Lynne Ramsay, prod. Francja, USA, Wielka Brytania, 85 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną