Recenzja filmu: „Czarne bractwo. BlacKkKlansman (BlacKkKlansman)”, reż. Spike Lee

Czarna siła
Film wydaje się chwilami płaskim widowiskiem, ani na moment nie przestaje wzruszać i fascynować.
John David Washington na tropie KKK.
David Lee/Focus Features/UIP

John David Washington na tropie KKK.

Policyjna saga Spike’a Lee o pierwszym czarnoskórym gliniarzu w Colorado Springs ma posmak parodii, czy wręcz satyry społecznej, na rasistowską Amerykę. Od wystylizowanej czołówki, odwołującej się do mody obowiązującej w kinie kilka dekad temu, przez prowadzoną pół żartem, pół serio akcję, kojarzącą się z gatunkiem blaxploitation, aż po mocno przerysowane postaci, szczególnie Bad Guys: głupców, pijaków i prymitywów z Ku Klux Klanu – wszystko w tym filmie sprawia wrażenie totalnej zgrywy, podszytej bujną wyobraźnią reżysera. Tymczasem rzecz jest jak najbardziej autentyczna. Groteskowa historia, opisana we wspomnieniowej książce przez Rona Stallwortha, wydarzyła się w roku 1973 i – co budzi zdumienie – znalazła swoją tragiczną kontynuację w Ameryce rządzonej przez Trumpa.

Syn hollywoodzkiego gwiazdora Denzela Washingtona John David z wrodzonym wdziękiem wciela się w inteligentnego, ambitnego funkcjonariusza, który z nudów, a trochę z powodu urażonej dumy i złości, by odreagować upokarzające traktowanie przez kolegę rasistę, wszczyna dochodzenie przeciwko prawicowym radykałom. Dzwoni do lokalnego oddziału Ku Klux Klanu, przedstawiając się jako gorący zwolennik supremacji białych, ale popełnia błąd. Używa w rozmowie swojego prawdziwego imienia i nazwiska, ochoczo godząc się na spotkanie z członkami organizacji, na które z oczywistych powodów pójść nie może. Plan jest taki, by w bezpośredniej konfrontacji zastąpił go jego partner ukrywający swoje żydowskie pochodzenie (Adam Driver), dotychczas niespecjalnie zaangażowany w obronę dyskryminowanych Afroamerykanów.

Mimo iż „Czarne bractwo. BlacKkKlansman” wydaje się chwilami płaskim widowiskiem, ani na moment nie przestaje wzruszać i fascynować. Wściekłość reżysera, jego przerażenie Ameryką przesiąkniętą konfliktami rasowymi rozładowywane jest pozytywną energią. To film jak podniesiona w górę zaciśnięta pięść – o dumie z odzyskiwanej podmiotowości przez walczących o swoje prawa pariasów. „Power to the People” – śpiewał John Lennon. „All Power to All People” – odpowiadają bohaterowie Spike’a Lee.

Czarne bractwo. BlacKkKlansman (BlacKkKlansman), reż. Spike Lee, prod. USA, 128 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną