Film

Przerwana terapia

Recenzja filmu: „Sybilla”, reż. Justine Triet

Kadr z filmu „Sybilla” Kadr z filmu „Sybilla” mat. pr.
W rękach innego twórcy wyszłaby z tego zapewne całkiem niezła tragifarsa.

Sibyl (Virginie Efira) była niegdyś poczytną pisarką, ale burzliwe rozstanie z ojcem jej pierwszego dziecka sprawiło, że przestała tworzyć i pogrążyła się w alkoholizmie. Po wyjściu z nałogu została psychoterapeutką, rozpoczęła szczęśliwy związek i urodziła po raz kolejny. Teraz jednak postanawia wrócić do pracy nad książką. Nie mogąc znaleźć odpowiedniego tematu, łamie zasady i nagrywa pacjentkę, początkującą aktorkę Margot (Adèle Exarchopoulos), której życie prywatne jest tak ciekawe i namiętne – właśnie zaszła w ciążę z partnerującym jej na planie gwiazdorem filmowym, będącym z kolei w związku z reżyserką projektu – że idealnie nadaje się, by je opisać.

Nie ma co ukrywać, punkt wyjścia obrazu zrealizowanego przez Justine Triet, biorącego udział w konkursie głównym zeszłorocznego festiwalu w Cannes, jest całkiem dobry. Allenowski, można rzec, tym bardziej że w pewnej chwili relacja między Sibyl a Margot staje się tak toksyczna, że głównej bohaterce aż trudną ją przerwać. W rękach innego twórcy wyszłaby z tego zapewne całkiem niezła tragifarsa, ale w tym przypadku widz dostaje poważną, dość ostrą i szaloną psychodramę, nieco bezcelową. Całości brakuje ironii, a wszystkie zabawne momenty wydają się niezamierzone, jak ten, gdy grana przez Sandrę Hüller niemiecka reżyserka, wyraźnie zmęczona chaosem panującym na jej planie zdjęciowym, krzyczy, że kręcą komedię. Szkoda.

Sytuacji Triet nie ratuje narracyjny rozgardiasz, spowodowany przez wykorzystanie niechronologicznej kompozycji zdarzeń fabularnych. Retrospekcje, choć oczywiście naświetlają problemy, z którymi do dziś zmaga się bohaterka, są przy okazji mało interesujące. Na dodatek, jakby tego było mało, coraz bardziej przytłaczająca rzeczywistość miesza się tu z fikcją (pisana przez Sibyl książka), a na to wszystko nakłada się jeszcze film realizowany na tej samej wyspie, na której Roberto Rossellini zrobił „Stromboli, ziemię Boga” (1950) z Ingrid Bergman. Nawiązanie to, podobnie zresztą jak oglądane przez męża Sibyl „Coś za mną chodzi” (2014) Davida Roberta Mitchella, nie ma większego sensu.

Sybilla (Sibyl), reż. Justine Triet, prod. Francja, 100 min

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Zjawisko zamknięcia się w sobie

Na długo przed pandemią psychiatrzy obserwowali syndrom zatrzaskiwania się młodych ludzi we własnych pokojach i własnym wnętrzu – czy to się teraz rozprzestrzeni?

Aleksandra Żelazińska
06.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną