Jeśli ktoś wyjdzie z kina z myślą, że niczego nowego się o Michaelu Jacksonie nie dowiedział – o to mogło chodzić realizatorom najnowszego, gładkiego, płaskiego i nijakiego filmu o gwieździe. Śledzimy w nim karierę króla muzyki pop od dzieciństwa po triumfalną trasę promocyjną płyty „Bad” pod koniec lat 80. Dramat doświadczony scenarzysta John Logan i reżyser Antoine Fuqua budują na trudnej figurze ojca, który trenował swoje dzieci na gwiazdy estrady, a nad Michaelem miał się znęcać fizycznie i psychicznie. Prawdziwymi twórcami filmu wydają się reprezentanci spadkobierców gwiazdy, którzy wyczekali na brak sprzeciwu Josepha Jacksona, hutnika i niedoszłego boksera, a przede wszystkim skutecznego menedżera zespołu The Jackson 5 – bo zaczęli pracę nad filmem dopiero po śmierci ojca rodziny. Bohaterską rolę prawniczego zawadiaki wpisano za to dla zarządzającego majątkiem prawnika Johna Branki (gra go Miles Teller), który wcześniej uciszył konkurencję z HBO Max, doprowadzając do zdjęcia z małego ekranu dokumentalnego serialu „Leaving Neverland” stawiającego Michaelowi zarzuty pedofilskie.
Michael, reż. Antoine Fuqua, USA, Wielka Brytania, 127 min, już w kinach