Arthouse’owe kino, w którym Willem Dafoe personifikuje rozmaitych ekscentryków, stało się w zasadzie osobnym gatunkiem filmowym. Niestety, choć znakomity aktor zwykle jest przekonujący, ostateczne efekty rzadko zapadają w pamięć. „Ostatni konsjerż” Argentyńczyka Gastóna Solnickiego nie jest wyjątkiem. W pretekstowym scenariuszu Dafoe gra Luciusa, wieloletniego menedżera wiedeńskiego hotelu InterContinental, który popada w konflikt z nowym inwestorem planującym wyburzenie budynku. Dla Luciusa hotel to całe życie, nie wyobraża sobie innej egzystencji, a jednak pozostaje niezdolny do działania w kryzysowej sytuacji i powoli traci kontakt z rzeczywistością. Solnicki nie oferuje widzom tradycyjnej narracji, w zamian daje dość osobliwe połączenie fabuły i wizualnego poematu, z elementami filmowego eseju na temat nostalgii, przemijania i poczucia straty. Leniwie toczącą się akcję (choć to określenie na wyrost) komentują i uzupełniają zza kadru monologi Luciusa oraz archiwalne zdjęcia z czasów świetności InterContinentalu. Jednak do żadnego konkretnego celu to nie zmierza. Owszem, Dafoe jest świetny (co swoją drogą szkodzi pozostałym wykonawcom, którzy na jego tle wypadają wyjątkowo sztywno), Wiedeń pięknie i w nieoczywisty sposób filmowany, lecz „Ostatni konsjerż” przypomina raczej szkic do znacznie ciekawszej opowieści.
Ostatni konsjerż, reż. Gastón Solnicki, prod. Austria, Argentyna, 78 min, w kinach od 31 lipca