Kawiarnia literacka

Kobiety biało-czerwone

Sprawa dotyczy północnych rubieży Polski, a dokładniej: historycznej krainy Pogezanii, z której Prusów wygonili Krzyżacy, Krzyżaków – Polacy, Polaków – Niemcy, a tych ostatnich – Polacy z Rosjanami. Jest sobotni wieczór, w olsztyńskim teatrze podczas antraktu „Mistrza i Małgorzaty” podchodzi do mnie Jadwiga Kolanko (osoba realna, z krwi i kości). Mocno poruszona, zaczyna opowiadać o swojej znajomej – Teresie Loczek (równie realnej, krwistej i z NIP, choć czy kościstej, nie dane mi było sprawdzić). Loczek jest właścicielką dwóch zakładów fryzjerskich: w Jonkowie – małej podolsztyńskiej miejscowości – i w Morągu opromienionym ostatnio sławą, lecz nie z powodu Herdera czy Kraszewskiego, nie za sprawą powieści „Pan Samochodzik i Niewidzialni”…

Biznesmenka od ondulacji, fryzur prostych i afro zdradziła Jadwidze Kolanko, że zamierza zamknąć jonkowski zakład, ponieważ w Morągu wzrosła piramidalnie kobieca dbałość o włosy. Klientki walą drzwiami i oknami, metaliczna mowa nożyczek rozbrzmiewa od świtu do nocy, grzebienie zjadają zęby na własnej profesji. Teresa Loczek musi przerzucić wszystkie moce fryzjerskie do morąskiego zakładu. Według kobiety, w sennym dotychczas miasteczku zapanowało estetyczne ożywienie. Renesans przeżywają gabinety kosmetyczne, ze sklepów tekstylnych znikają drogie sukienki. Popołudniami na deptakach i skwerach można spotkać nieziemskie piękności, jakby Morąg stał się paryskim centrum mody, jakby tylko tutaj rodziły się późne wnuczki Wenus z Milo. Teresa Loczek stawia bolesną – z punktu Polaka mężczyzny – tezę: wszystko to dla stacjonujących w mieście Amerykanów, tych żółwi Ninja wolności, uzbrojonych po białośnieżne zęby.

Postanawiam sprawdzić, ile w tym prawdy, a ile gawędy. Dwa dni później wyruszam z Olsztyna w drogę przez mękę. Drogę krętą, bo poniemiecką. Dziurawą, bo w polskich rękach. Dwa razy patrzę śmierci prosto w oczy, która przybiera kształt tira pakującego się na trzeciego. Kapuściński miał swoje dżungle i rewolucje, ja mam drogę nr 527, łączącą Warmię z Mazurami.

Jestem na miejscu. Wystarczy rzut oka i sprawdza się czarny scenariusz. W Morągu pełno bóstw naturalnych i retuszowanych. Kobiety poruszają się lekkim krokiem, przysiadają na ławkach tutejszych Plant wokół centrum, roztaczając zmysłową aurę perfum. Do diaska, miała rację Teresa Loczek!

 

Amerykanów nie widać. Ani w restauracji Adria, ani przy gotyckim ratuszu z dwiema armatami, ani w lodziarni u Stefanka. Odkrywam za to prostą zależność: im atrakcyjniejsze morążanki, tym męska część miasteczka bardziej zgarbiona, ciężkawa, ponura. Nikogo nie mogę namówić na wywiad. Do kobiet nie mam śmiałości się zbliżyć – niestety, Kapuścińskim nie jestem. Jestem za to w kropce. Moja bezradność reportera bierze się z braku skali porównawczej. Nie wiem, jak wyglądały morążanki w styczniu lub w lutym. Czy to możliwe, by kilka miesięcy temu ich piękno – mówiąc oględnie – było pięknem „drugiej świeżości”?

Tknięty autopilotem instynktu, minąłem kino Narie i trafiłem do Snack Baru. W niewielkiej knajpce, wśród stałych bywalców panował grobowy nastrój. Podobne odczucia musiał mieć Sienkiewicz, gdy opisywał w „Potopie” zamkniętą naturę Budrysów. Zagadnąłem o kobiety i Amerykanów, starając się mówić z morąskim akcentem. Po dłuższej chwili odezwał się czerstwy sześćdziesięciolatek: „Nie daruję Klichowi! Poprosił jankesów, żeby korzystali z polskiej gościnności. Cóż to za gruba aluzja! Kobiet naszych nie damy, choćby i nawet były feministkami. Są granice, których przekraczać nie wolno!” – zagrzmiał, cytując generalskiego klasyka.

 

Morążanki – to słowo łopotało nad głowami mężczyzn jak wielobarwny motyl. To ono w kontekście rakiet Patriot gnębiło smutne twarze pochylone nad zapotniałymi kuflami. „Niech Amerykańce wracają do swoich hamburgerowych łomens!” – syknął gościu w sportowej koszulce, pewnie kibic Huraganu Morąg. „Pojawiają się w mieście?” – rzuciłem niby od niechcenia. Tykowaty młodzian sapnął z drugiego końca sali: „W sobotę chlali w Parkowej”. Tę uwagę podchwycił grubszy jegomość: „Niech piją, choć i tak nie umieją. Byleby z dala od naszych kobiet!”

I naraz bywalcy Snack Baru zaczęli uderzać w patriotyczne tony. Z przerażeniem obserwowałem, jak przez płeć piękną, przez morąskie Heleny zaczyna nam grozić nowa wojna trojańska, jak w proch się obraca geostrategiczny sojusz polsko-amerykański. Wszyscy, nagle gadatliwi, jakby kurs konwersacji brali od Hanki Bielickiej, zapewniali, że co jeden, to biało-czerwony macho, potomek ułanów, genetyczny powstaniec i tylko mało rozsądna morążanka odwróciłaby głowę ku braciom Rambo. Ktoś krzyknął: „Panowie, to byłby nóż w plecy polskości i męskości naszej!”. Towarzystwo – lekko podchmielone – nabrało chęci, by ruszyć pod koszary i porą wiosenną odtworzyć „Noc listopadową”.

Doprawdy, nie wiem, jak by to się skończyło. Trwałość paktu północnoatlantyckiego uratowała pewna kobieta. Stanąwszy w drzwiach knajpki, huknęła na jednego z kompanów: „Dzień w dzień to samo. Do domu, stary!”. Antyamerykańskie wrzenie ucichło. Nosy na powrót zanurzyły się w kuflach…

Wracając z reporterskiej podróży, przypomniałem sobie, że morąskie kroniki odnotowują w 1812 r. bunt mieszczan przeciwko wojskom napoleońskim. Historia lubi się powtarzać, mimo że jest ponoć nauczycielką życia. Niezależnie od tego, czy prawdę mówiła Teresa Loczek, czy fantazjowała, gdy idzie o kobiety, w powietrzu zawsze wisi wojna. Amerykanów w Morągu jest ledwie setka, rdzennych morążan parę tysięcy. Niechaj więc wiedzą przybysze zza Wielkiej Wody, że trafili do kraju, w którym słowo „kobieta” nie ma rodzaju gramatycznego. Ono jest biało-czerwone!

 

Mariusz Sieniewicz, ur. w 1972 r., jest autorem powieści „Prababka”, „Czwarte niebo”, „Rebelia” i zbioru opowiadań „Żydówek nie obsługujemy”. Był trzykrotnie nominowany do Paszportu Polityki.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną