Książki

Młódź już nie młóci

30 lat rocka w Jarocinie

Na jarocińskiej ( Na jarocińskiej ("pokojowej"!) zadymie w 1986 roku Krzysztof Wójcik / Forum
Zmieniający się festiwal w Jarocinie świętuje trzydziestolecie. Co wyrosło z tej wielkiej zadymy?

Od kilku lat na festiwalu jarocińskim – kiedyś krajowym – obowiązuje międzynarodowy, różnorodny zestaw występujących. Nikogo nie dziwi, że w tym roku (16–18 lipca) w historycznym dla polskiej muzyki miejscu zagrają brytyjskie kapele Gossip i Biffy Clyro czy hiszpańska Ska-P ani też to, że stare wymiesza się z nowym. Ale jubileusz trzydziestolecia zobowiązuje – to z tej okazji reaktywuje się Pidżama Porno, a T.Love da koncert z udziałem specjalnych gości: Kory, Zbigniewa Hołdysa, Roberta Brylewskiego i Krzysztofa Grabaża Grabowskiego. Będą Dezerter i TSA, ale obok tych, którzy w latach 80. budowali legendę Jarocina, zagra młodsza generacja: Pustki, Lao Che czy Muchy. Na polu namiotowym i pod dużą sceną nowa estetyka fryzur i ubiorów znów rywalizować będzie z archaicznymi już dziś irokezami punków.

Od 2005 r., kiedy festiwal reaktywowano po ponaddziesięcioletniej przerwie, organizatorzy starają się balansować między nowoczesnością a tradycją. Chcą, by nie zabrakło nowych trendów, ale zależy im także na ocaleniu genius loci z dawnych czasów.

Zaczęło się w czerwcu 1980 r., kiedy producent muzyczny Jacek Sylwin i reżyser telewizyjny Walter Chełstowski zorganizowali w Jarocinie Ogólnopolski Festiwal Muzyki Młodej Generacji. Wcześniej odbywały się tu Wielkopolskie Rytmy Młodych, przedsięwzięcie o zasięgu lokalnym z ofertą o różnorodnym charakterze – był rock, blues, pop, a nawet piosenka poetycka. Natomiast Chełstowskiemu i Sylwinowi chodziło o stworzenie dużego festiwalu o wyraźnie rockowym charakterze.

W 1980 r. zagrał m.in. Maanam, Porter Band, Dżem i... Kombi. Tak, tak, zespół Grzegorza Skawińskiego, który dziś uchodzi za wcielenie festyniarstwa, wtedy zaliczano do muzyki młodej generacji, razem z takimi zespołami jak Exodus czy Krzak, kojarzonymi z ambitnym, poszukującym rockiem. Parę lat później festiwal jarociński, kierowany przez Chełstowskiego w roli dyrektora, był już wydarzeniem pierwszoplanowym.

Niewielkie, schludne wielkopolskie miasto w ostatniej dekadzie PRL zyskało rangę mekki subkultur i stolicy polskiej alternatywy muzycznej. Niczego podobnego nie było w tej części Europy do końca trwania żelaznej kurtyny. Z drugiej strony status imprezy pozostawał dość osobliwy: w piosenkach i skandowanych ze sceny hasłach pojawiała się radykalna krytyka aktualnego stanu rzeczy, ale całemu przedsięwzięciu patronowała reżimowa organizacja młodzieżowa. W 1982 r., w okolicznościach zawieszonego, ale wciąż obowiązującego stanu wojennego, odwołano festiwale w Opolu i Sopocie, ale ten w Jarocinie się odbył.

Od mitologii do rzeczywistości

W mitologicznej wersji Jarocin z lat 80. i z początku następnej dekady do dziś opisywany jest jako trybuna polskiego punk rocka, gdy tymczasem punk był jednym z wielu gatunków granych na festiwalowych scenach, obok metalu, różnych projektów nowofalowych, rocka mainstreamowego, reggae, a nawet bluesa i elektroniki. Festiwal, na który w tamtej dekadzie przyjeżdżało po 20 tys. fanów rocznie, był de facto polem do popisu dla rozmaitych rodzajów estetyki, ze zdecydowaną jednak przewagą alternatywnego rocka z punkiem włącznie. Taka formuła, wypracowana przez Chełstowskiego i jego współpracowników, pozwoliła przedłużyć aż do końca PRL efekt polskiego boomu rockowego, który wybuchł na przełomie lat 70. i 80.

Zbuntowane nastolatki identyfikowały się z imprezą jako jedną z nielicznych oaz wolności. Nie tylko one zresztą. Nieżyjący już Jerzy Wertenstein-Żuławski, socjolog, który był jednym z akuszerów festiwalu, pisał o nim po latach jako o młodzieżowym Hyde Parku. Walter Chełstowski do dziś uważa, że Jarocin, choć lekceważony przez komunistyczną władzę, miał udział w jej upadku. Także co bardziej krytyczni wobec systemu dziennikarze widzieli w festiwalu rodzaj oporu i sprzeciwu wobec peerelowskiej rzeczywistości. Choć podziemna prasa solidarnościowa przyglądała się Jarocinowi z pewną nieufnością i skłaniała raczej ku poglądowi, że mieliśmy do czynienia z politycznym wentylem bezpieczeństwa. W połowie dekady bardzo krytyczny wobec festiwalu stał się Kościół, czego jednym z przejawów była jasnogórska homilia kardynała Glempa z fragmentem dotyczącym satanistycznych ekscesów na cmentarzu w Jarocinie w 1986 r.

W rzeczywistości Jarocin nie był oczywiście ani anielsko biały, ani diabelsko czarny. Dobrze pokazują to badania festiwalowej publiczności, przeprowadzone w latach 1983–86 przez poznańskich i warszawskich socjologów. Z wywiadów, analiz i obserwacji wówczas poczynionych wynika, że większość młodych ludzi tam przybywających nie identyfikowała się z żadną subkulturą, a w odbiorze muzyki kierowała się raczej jakością artystyczną niż ideologiczną. Warto też podkreślić, że przeważali przybysze ze średnich i małych miast, za to reprezentowane były wszystkie regiony Polski. Dominowali zatem normalsi z prowincji i nieprzypadkowo Wertenstein-Żuławski nazwał jarocińską imprezę tamtych lat „festiwalem szarych ludzi”.

 

 

Niewykluczone, jak się dziś często sądzi, że władza zwyczajnie nie miała sił i środków, by skutecznie kontrolować wydarzenia jarocińskie, i przez to festiwal zdawał się żyć w czymś na kształt szarej strefy kultury, w której równie dobrze czuć się mogła szara młódź, jak i subkulturowe dziwolągi. Ta osobliwa wyspa na morzu społecznej apatii istniała do końca realnego socjalizmu, ale potem, już w nowej Polsce, stać się miała zbędną pozostałością po słusznie minionej epoce.

Ten festiwal jest nasz

Edycje z lat 1991–94 zapamiętaliśmy głównie z powodu zadymiarskich incydentów. Inaczej niż za komuny przedstawiała się relacja między organizatorami a publiką: okazało się, że nie ma zbieżności celów ani muzycznych gustów. Przekonał się o tym Jurek Owsiak, organizator imprezy w 1991 i 1992 r., który zaordynował telewizyjną transmisję koncertów na żywo, czego publiczność zupełnie nie zaakceptowała, traktując wprowadzone rygory czasowe TV jako zamach na festiwalowe zwyczaje. Dziś, kiedy Owsiak zwycięża w plebiscytach na postaci o największym autorytecie wśród młodzieży, a jego Przystanek Woodstock bije rekordy frekwencji, nie chce się w to wierzyć, ale wtedy, gdy pojawiał się na jarocińskiej scenie, próbując zapanować nad tłumem, który chciał słuchać wyłącznie garażowej kapeli Defekt Mózgu, zagłuszały go gwizdy.

W 1993 r. ówczesny dyrektor festiwalu Kuba Wojewódzki miał ambicje, by festiwal sprofesjonalizować, czyli po prostu skomercjalizować. Głównym sponsorem został koncern tytoniowy Philip Morris, co stało się pierwszą przyczyną zadym. Anarchopunkowa publika wśród okrzyków „ten festiwal jest nasz” zdzierała banery Marlboro i wszczynała bójki. Organizatorzy nie wiedzieli pewnie, że w opinii młodych anarchistów, fanów radykalnego punk rocka, koncern ukrywał przed światem kontakty z Ku-Klux-Klanem i wspierał apartheid w RPA.

Zarysował się też wyraźny podział na „biednych punków z prowincji” i „modną warszawkę z kasą”. Modna warszawka podzielała zasadniczo gust organizatorów wraz z komercyjnym zwrotem imprezy, zaś prowincjusze z irokezami mieli gdzieś nowe brzmienia i woleli słuchać punkowego Smar SW (w czasie tego koncertu właśnie, odbywającego się w ramach niebiletowanej części festiwalu w amfiteatrze, wybuchły zamieszki). Podobnie było w 1994 r., kiedy festiwalem kierował Adam Grzegorczyk. Była to ostatnia edycja imprezy przed jej reaktywacją, zaś do rangi symbolu urasta fakt, że po festiwalu Grzegorczyk, niegdyś współpracownik Waltera Chełstowskiego, został menedżerem Ireny Santor.

Już bez zadymy

Dziś Jarocin jest tylko jednym z wielu punktów na polskiej mapie letnich imprez cyklicznych. Jego naturalną konkurencją może być choćby Owsiakowy Woodstock albo festiwal w Węgorzewie, na który zjeżdża publiczność bardzo podobna do jarocińskiej. Jest prestiżowy (bo wypada tam bywać) gdyński Open’er i mnóstwo innych muzycznych atrakcji z gwiazdami z Polski i ze świata. Poza tym dzisiejszy Jarocin, inaczej niż ten za PRL, musi przestrzegać zasad ekonomii. Nie da się zatem uniknąć wspomnianych podziałów na bogatych i biednych fanów (scena przy polu namiotowym jest darmowa, za karnet na cały festiwal na dużej scenie trzeba zapłacić 200 zł), ale nie ma też na tym tle takich konfliktów jak na początku III RP.

Dzisiejsza publiczność festiwalu zdaje się wolna od emocji zadymiarskich – może dlatego, że nie żywi już utopijnej wiary w rewolucyjną moc muzyki. Dziś nawet alternatywny rock z politycznym przesłaniem – czego dowiódł ubiegłoroczny koncert Bad Brains – da się traktować bardziej ludycznie niż politycznie.

Polityka 29.2010 (2765) z dnia 17.07.2010; Kultura; s. 56
Oryginalny tytuł tekstu: "Młódź już nie młóci"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną