Aktorzy grają historię

Poczet celuloidowych bohaterów
W kręconym właśnie filmie Jerzego Hoffmana „Bitwa warszawska 1920 roku” rolę Piłsudskiego gra Daniel Olbrychski, którego podobieństwo do marszałka na pierwszy rzut oka nie jest uderzające.
materiały prasowe

Nie słychać głosów oburzenia, nic nie zapowiada awantury przypominającej tę sprzed niemal 40 lat, kiedy ogłoszono, iż Olbrychski będzie Jędrusiem Kmicicem. Z niewyjaśnionych powodów rodacy uznali wówczas, że aktor nie jest podobny do sienkiewiczowskiego, niemal całkowicie fikcyjnego bohatera. Dzisiaj casting nie budzi podobnych emocji, może dlatego, że kino przestało być traktowane jako najważniejsza ze sztuk, zaś widownia chyba nie wymaga już, by odtwórca historycznej postaci był żywą kopią pierwowzoru. Czy przykładowo Piotr Adamczyk przypomina Fryderyka Chopina i równocześnie Jana Pawła II? A przecież zagrał jednego i drugiego, a następnie zmył makijaż, zdjął sztuczny nos i powrócił do współczesnego repertuaru.

Nikt też nie zamierzał protestować, kiedy pojawiły się informacje, że szykuje się wielka międzynarodowa produkcja o wiktorii wiedeńskiej, a Janem III Sobieskim ma być Mel Gibson, który miałby konkurować w naszej wyobraźni z mającym niegdyś monopol na odgrywanie postawnego króla aktorem Mariuszem Dmochowskim. Pomysł był naprawdę interesujący, można jednak podejrzewać, iż sam Gibson w ogóle nie dowiedział się o tej propozycji. Zresztą ostatnio amerykańsko-australijski gwiazdor zachował się bardzo brzydko wobec swej rosyjskiej narzeczonej, co chyba ostatecznie eliminuje go z grona kandydatów do pocztu królów polskich.

Podobny do nagrobka

Kiedyś granie historycznej postaci było o wiele trudniejsze. Dużo o tym wie choćby Emil Karewicz, król Jagiełło z „Krzyżaków”, który już od 50 lat zawsze około 15 lipca (w tym roku okazja była szczególna) opowiada, jak dręczyli go charakteryzatorzy, przyklejając garbaty nos i wciskając w upalne dni na głowę perukę, tak by był podobny do zwycięzcy spod Grunwaldu, uwiecznionego na wawelskim nagrobku. Aktor był wprawdzie o wiele młodszy od Litwina, ale profil z grubsza się zgadzał.

Rola charakteryzatorów w budowaniu profilu postaci historycznych ciągle jest istotna, o czym świadczą doroczne nominacje oscarowe czy nagrody na naszych krajowych festiwalach. Czasami jednak zadanie nie wymaga specjalnej inwencji. Najłatwiej jest wtedy, gdy odtwarzana postać odznaczała się ostentacyjnymi cechami zewnętrznymi. Do tej kategorii należą np. wąsaci, jak wspomniany marszałek Piłsudski czy elektryk Lech, którego w „Strajku” Volkera Schlöndorffa odtwarzał bez większego przekonania Andrzej Chyra. Można już dziś przewidzieć, iż aktor, który w nieokreślonej jeszcze przyszłości będzie grał byłego prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, nie napracuje się zbytnio. Sprawę ułatwia też owłosienie, pod warunkiem wszakże, iż jest wyjątkowo okazałe (np. rozwichrzone włosy Ignacego Paderewskiego, którego zagrał Krzysztof Chamiec w filmie „Polonia Restituta”) albo w zaniku. Lenina grali na ogół łysi (u nas specjalizował się w tej roli Ignacy Machowski).

Losy filmowych postaci historycznych i grających ich aktorów są jednak ciekawe z jeszcze innych powodów – mówią niemało o czasach, w których powstawały, ale też pokazują, jak fikcja może zderzać się z rzeczywistością.

Być jak Piłsudski

Wśród ofiar tragedii smoleńskiej był również jeden aktor – Janusz Zakrzeński. Dlaczego akurat on znalazł się na pokładzie prezydenckiego samolotu pośród ważnych osobistości zaproszonych przez Lecha Kaczyńskiego do Katynia? Zapewne w dużej mierze zawdzięczał to roli marszałka Józefa Piłsudskiego, którą zagrał w filmie Bohdana Poręby „Polonia Restituta” w 1981 r. i z którą zżył się na następne dziesięciolecia. Każdego roku w listopadzie wjeżdżał na warszawski dworzec prosto z Magdeburga, by przejąć władzę. Nikt już nie pamiętał o filmie, a rola żyła własnym życiem. Zakrzeński „był jak Piłsudski” i prawdopodobnie w tym roku też z okazji Święta Niepodległości paradowałby przed telewizyjnymi kamerami w szarym mundurze i z przyklejonymi wąsami. Smoleńska katastrofa sprawiła, że powstał wakat w teatrze patriotycznych inscenizacji i nie wiadomo, kto może zająć zwolnione miejsce. Wątpliwe, by Daniel Olbrychski miał ambicje dublować Zakrzeńskiego.

Z byłych Piłsudskich żyje jeszcze Ryszard Filipski, który obsadził się w tej roli w reżyserowanym przez siebie filmie „Zamach stanu” z 1980 r. Filipski też chciał „być jak Piłsudski”, choć chyba nie zawsze dobrze rozumiał przesłanie wielkiego Polaka. Skądinąd dobry aktor, w owym czasie zbliżony do środowiska „prawdziwych patriotów”, był także majorem Hubalem (w filmie Bohdana Poręby z 1975 r.) i Grotem-Roweckim w spektaklu telewizyjnym. Po latach, które przeżył gdzieś na wsi, ponoć hodując konie, wrócił – nie do Sulejówka jednak, lecz do kurnej chaty w filmie „Stara baśń”, gdzie odtwarzał Prasłowianina z bujną sztuczną czupryną.

W rankingu filmowych Piłsudskich pierwsze miejsce przyznałbym jednak Jerzemu Duszyńskiemu (temu z „Zakazanych piosenek” i „Skarbu”), który pokazał się na parę chwil w filmie Jerzego Kawalerowicza „Śmierć prezydenta” (1978). Prawdziwą kreację w roli Gabriela Narutowicza stworzył tam Zdzisław Mrożewski, bardzo podobny do oryginału (aktor opowiadał, że kiedy przygotowując się do występu spojrzał na portret pierwszego polskiego prezydenta, zauważył uderzające podobieństwo do swego ojca). Ale Duszyński w epizodzie – a i tak to był pierwszy występ marszałka w filmie polskim po 1945 r.! – kiedy układa pasjansa, obserwując burzliwe wydarzenia na ulicach Warszawy, był rewelacyjny. Szkoda, że ta rola nie mogła być, z oczywistych powodów, rozbudowana.

Bez większego echa przeszła natomiast marszałkowska rola Zbigniewa Zapasiewicza w telewizyjnym serialu biograficznym Andrzeja-Trzosa Rastawieckiego z 2001 r. Wybitny aktor nie zszedł poniżej swego normalnego poziomu, niemniej – jak się wydaje – za bardzo był kojarzony z rolami współczesnymi, by widz mógł w nim zobaczyć postać z podręcznika historii. Młodego Piłsudskiego zagrał w serialu Mariusz Bonaszewski, ale też nie był to znaczący występ w dorobku wszechstronnego aktora.

Protoplaści Gierka

Dziś mało kto o tym pamięta, ale największe pole do popisu w filmach historycznych mieli aktorzy w latach 70. Towarzysz Edward Gierek, którego żarliwy patriotyzm został przypomniany z okazji niedawnych wyborów, pozostawał wierny oficjalnej ideologii, ale jednocześnie pragnął być kimś w rodzaju dobrego króla, wsłuchującego się w głos ludu. Przynajmniej do czasu. W pierwszej połowie dekady, kiedy trwała w najlepsze budowa „drugiej Polski”, ideolodzy zajmujący się kulturą postanowili pokazać rodakom na ekranie innych wielkich reformatorów kraju nad Wisłą. W domyśle – protoplastów łaskawie panującego towarzysza Edwarda I.

W powstałym wtedy poczcie filmowych królów polskich czołowe miejsce zajął, z oczywistych względów, Kazimierz Wielki (też zbudował „drugą Polskę”). W dziele Ewy i Czesława Petelskich sławnego monarchę zagrał Krzysztof Chamiec, ale mógł to być dowolny aktor, ponieważ po pierwsze, postać była papierowa, a po drugie, jak wyglądali dawni polscy władcy, nie mamy pojęcia (z nielicznymi wyjątkami), chyba że za wzorzec posłuży malowany poczet Jana Matejki. Mieszko I mógł zatem wyglądać tak jak Wojciech Pszoniak w „Gnieździe” Jana Rybkowskiego, a Bolesław Śmiały jak Ignacy Gogolewski w filmie Witolda Lesiewicza.

Właściwie z całej naszej powojennej produkcji historycznej do masowej wyobraźni trafił jedynie konterfekt wspomnianego już Mariusza Dmochowskiego jako Jana Sobieskiego (po „Wołodyjowskim” pokazał się w „Ojcu królowej” Wojciecha Solarza). Zaś pozycji Karewicza jako Jagiełły (był nim także w „Przyłbicach i kapturach” Marka Pietraka oraz spektaklu telewizyjnym Grzegorza Królikiewicza „Idea i miecz”) nie zagroził nawet Gustaw Holoubek, grający starego króla w serialu Grzegorza Warchoła „Królewskie sny”. Z ról koronowanych głów granych przez Holoubka w lepszej pamięci został jego autoironiczny Napoleon („Marysia i Napoleon” Leonarda Buczkowskiego). Trudno byłoby posądzać wielkiego aktora o podobieństwo do cesarza, toteż on nim nie był, lecz go zagrał. W komedii można było sobie na taki numer pozwolić, w dramacie historycznym byłyby już kłopoty.

Jeszcze gorzej było z rewolucjonistami, jeżeli tym skrótem potraktujemy postaci, które w różny sposób przyczyniły się do utrwalania władzy ludowej nad Wisłą. Scenarzyści głowili się, jak uczłowieczyć sekretarzy partii, a najprostszym pomysłem była poważna choroba, którą komuniści ostentacyjnie lekceważyli, wykonując zlecone im przez partię zadania (np. mający sercowe dolegliwości Szczuka w „Popiele i diamencie”). Z postaciami autentycznymi nie było tak łatwo.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną