Winyle, kasety, polaroidy: stare wraca do łask

Kulturalne przedmioty kultu
Zadawały szyku, cieszyły oczy i uszy lub po prostu ułatwiały kontakt z obrazem i muzyką. Oto przegląd kulturalnej materii ostatniego półwiecza, która w nowych czasach zdobywa nowych zwolenników.
Nils Geylen/Flickr CC by SA

Winylowy singiel i gramofon 50 lat temu były najbardziej masowymi narzędziami kultury, jakie można sobie wyobrazić. Zepchnięte z rynku przez inne nośniki, wracają – ale nie jako element kultury masowej, tylko niszowej. Narzędzie didżejów, przedmiot kultu kolekcjonerów, wreszcie – nowa moda na scenie alternatywnej.

Życie takiej kulturalnej materii wydaje się mieć swoją dramaturgię – okres błyskawicznego zdobywania popularności, potem stopniowe wygasanie, a wreszcie krótsze lub dłuższe powroty – jako obiektu kultu. Kult stawia takie przedmioty prawie zawsze w opozycji do obowiązujących trendów. I tak blaknące kolory polaroidów to protest przeciwko zimnej doskonałości fotografii cyfrowej. Szumy kasety magnetofonowej – przeciwko cyfryzacji muzyki. Towarzyski charakter gier planszowych – przeciwko alienacji współczesnych graczy wideo przed monitorami.

Postanowiliśmy posegregować materię kulturalną ostatniego półwiecza. Podzieliliśmy ją na pogrzebaną (hołubioną co najwyżej przez pasjonatów i kolekcjonerów), ożywioną (wracającą na dłuższy lub krótszy czas) i zahibernowaną (nie całkiem umarłą, ale też i nie do końca żywą, wygasającą lub czekającą na zmartwychwstanie).

Pogrzebane

Radio tranzystorowe (w początkach zwane turystycznym, później – przenośnym, a potocznie tranzystorem). Jego pierwsze egzemplarze pojawiły się w USA w 1954 r. W Polsce – o dziwo, zważywszy na technologiczne zapóźnienie – niewiele później. Pierwszym przenośnym (ale nie tranzystorowym!) była Szarotka, produkowana od marca 1957 r. Ważyła 2 kg i kosztowała 1100 zł. Tranzystorem był dopiero Koliber. Na rynek trafił trzy lata później, a ważył już tylko 0,5 kg. Z czasem pojawiły się kolejne modele o coraz lepszych parametrach. Zgodnie z zasadą, że małe jest piękne: im bardziej filigranowe, tym budzące większy podziw. Mieliśmy więc Czary i Krokusy (pierwszy z falami krótkimi), Guliwery i Rytmy, Ewy i Kamy. A także Trampa, obiekt dumy polskich elektroników z racji miniaturyzacji; ważył tylko 235 g (z baterią) i był wielkości paczki papierosów.

W połowie lat 70. tranzystorki musiały ustąpić pola młodszym kuzynom – radiomagnetofonom.

Radiomagnetofon. Najpierw była Jola, później popularny MK 2500, a w końcu, wręcz legendarny RB 3200 na licencji Grundiga (1979), obiekt westchnień każdego nastolatka w Polsce. W tych czasach w Polsce ceniono jeszcze miniaturyzację, tymczasem za Oceanem już rodziła się, związana z hip-hopem, kultura ghetto-blasterów, wielkich, nieporęcznych radiomagnetofonów stereo noszonych nonszalancko na ramieniu lub ustawianych na krawężnikach ulic. Z czasem ta moda dotarła także do nas, ale długo nie zagrzała miejsca, bo już napływała kolejna – na walkmany. Szpanerskie do niedawna ghetto-blastery stały się rychło synonimem obciachu i wiejskiej dyskoteki, a do łask powróciło to co małe.

Magnetofon szpulowy. Produkowane w Polsce od 1958 r. (Melodia). Jednak szczyt ich popularności przypadł na przełom lat 60. i 70. XX w., kiedy to na rynek trafił model Tonette (1965), zwany potocznie tonetką, oraz najpopularniejszy chyba ZK 140 (1968). Później pojawiły się kolejne linie (Aria, Opus) pozwalające na odtwarzanie taśm w pionie, czym niezwykle zadawało się szyku w towarzystwie. Ale choć przemysł wypluwał kolejne produkty aż do połowy lat 80., to chętnych na nie ubywało. Woleli magnetofony kasetowe.

Pocztówki dźwiękowe. Płytowy erzac, efekt połączenia socjalistycznej biedy i zaradności prywatnej inicjatywy. Triumfowały w drugiej połowie lat 60. i pierwszej 70. Jakość nagrań była haniebna, ale miały one dwie trudne do przecenienia zalety: były tanie i zawierały najnowsze zachodnie przeboje (oczywiście nagrane piracko, ale kto by się wówczas tym przejmował). Początkowo zawierały jeden utwór, później – dwa (kompletnie ze sobą niezwiązane). Z czasem pojawiły się prymitywne studia nagrań, w których do wybranego utworu można było dograć własną dedykację.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną