Mit Dzikiego Zachodu

I ty nie zostaniesz Indianinem
W kulturze masowej Dziki Zachód został zastąpiony przez dziki kosmos, a dzieci nie bawią się już w Indian. Jednak legenda indiańska nie całkiem odchodzi do lamusa.
Sath-Okh - legendarny polski Indianin Stanisław Supłatowicz. Wychował się wśród Indian, ale i walczył w AK
Daniel Pach/Forum

Sath-Okh - legendarny polski Indianin Stanisław Supłatowicz. Wychował się wśród Indian, ale i walczył w AK

Co to znaczy Apacz? – zapytał ośmiolatek, sięgając w sklepie po loda o tej nazwie. Nigdy nie słyszał o Winnetou. Z kolegami bawi się w „Star Wars” albo roboto-stwory Bionicle. Z klocków lego buduje kolejną świątynię z pułapkami jak z „Indiany Jonesa”. Zna, owszem, piosenkę z filmu o Bolku i Lolku „Dziki, Dziki Zachód” i widział Indian w „Piotrusiu Panu” Disneya, ale kiedy dostał pióropusz, nie bardzo wiedział, co z nim zrobić.

Rodzice, którzy wychowali się na indiańskiej literaturze, próbują nadrobić zaległości. Szukają w księgarni serii Karola Maya. – Czy to nazwisko pisze się jak miesiąc maj? – pyta zagubiona ekspedientka. Znajdują w końcu książki i filmy o Winnetou z lat 60. Nawet jeśli zaszczepią w dziecku indiańskiego bakcyla, to nie będzie go dzielić z rówieśnikami wychowanymi na grach i filmach z Cartoon Network. Może coś by zmieniło, gdyby Spielberg nakręcił remake „Winnetou”, a Lego wypuściło zestaw „Old Shatterhand”?

Ostatnia indiańska produkcja Disneya, czyli „Pocahontas” (1995), nie przywróciła tej mody. Przebrania Indian na balach szkolnych nie mają wzięcia. Jeden Indianin czy kowboj przypada na dziesięciu Supermanów czy Spidermanów, a najdroższym rarytasem są stroje z „Gwiezdnych wojen”. Tymczasem trzydziesto-, czterdziestolatkowie i starsi pamiętają, że Indianie byli kiedyś wszechobecni. Pojawiali się niemal w każdej młodzieżowej książce (u Nienackiego, Ożogowskiej i innych, zupełnie nieindiańskich autorów), w komiksie (pamiętny Tytus wchodzący do westernu „Strzały znikąd”), w harcerstwie zdobywało się indiańskie sprawności, tropiło wrogów, śpiewało indiańskie piosenki, budowało wigwamy.

Przynajmniej dla kilku pokoleń w Polsce literatura indiańska była przeżyciem formującym. Jedni zaczynali od „Winnetou” Karola Maya, inni od Coopera albo trylogii Szklarskich. „W dzieciństwie czytałem wiele powieści indiańskich, ale najlepiej pamiętam książki Longina Jana Okonia. W latach osiemdziesiątych jeszcze nie obrosły mitem, bo były świeże – trylogia o Tecumsehu wyszła po raz pierwszy w latach 1977–81, czwarta, dodana później, część »Płonąca preria« o Czarnym Jastrzębiu została wydana w 1986. Dzisiaj książki indiańskie ponoć odeszły do lamusa. Trzeba więc wobec tych trendów stanąć Okoniem” – pisze na swoim blogu Artur Nowaczewski. Książki indiańskie kojarzą się wielu osobom z przyjemnością czytania w czasie choroby, kiedy można było spokojnie pochłaniać kolejne tomy. To właśnie „Winnetou”, napisany w więzieniu na podstawie opowieści towarzysza z celi – sam Karol May nie był przedtem na Dzikim Zachodzie – stworzył obraz Indianina, który królował przez lata w wyobraźni europejskiej.

Dzielni i uciemiężeni

W Europie, w dużej mierze za sprawą Maya, postrzegano Indian jako lud dzielnych wojowników, uciemiężonych przez cywilizację bladych twarzy – mówi historyk dr Piotr Walasek, specjalizujący się w historii Dzikiego Zachodu. – W Stanach było inaczej. W XIX w. jedni Amerykanie (np. James Fenimore Cooper) widzieli w nich rousseauowskich „szlachetnych dzikusów”, inni wyznawali zasadę: dobry Indianin to martwy Indianin. Większość plasowała się pomiędzy tymi dwiema skrajnościami. Gdy nastał kres Dzikiego Zachodu, Amerykanie poczuli nostalgię za Indianami, którzy niemalże zniknęli (zaczęto mówić o vanishing red manie). Widać to choćby po westernach po II wojnie światowej hollywoodzcy Indianie coraz częściej są ofiarami. W poczuciu winy tkwi główna różnica: dla Europejczyka Indianie to ludzie, których ktoś skrzywdził, dla Amerykanina to ludzie, których skrzywdzili jego przodkowie.

Obraz Dzikiego Zachodu, który stworzył Karol May, nie miał wiele wspólnego z rzeczywistością, ale był literacko przekonujący. „Książki Maya są dla młodego człowieka kapitalne. Powiedzcie szczerze, czy zainteresowalibyście się Indianami, gdybyście zaczęli od grubego tomiska, które na wiele stron rozpisuje się o zwyczajach, nazwach, wydarzeniach historycznych? Wątpię” – pisze na forum skupiającym sympatyków Indian Crystiano. Na tym samym forum ujawnił się też niespodziewanie były członek jednostki specjalnej GROM, który wykorzystywał w czasie akcji sposoby Winnetou i dzięki temu – jak twierdzi – nieraz uszedł z życiem. „Moją pierwszą książką o Indianach było »Złoto Gór Czarnych« Szklarskich, a nie książki Maya. I kiedy czytałem Maya, to zaraz włączała mi się lampka: Jak to? Przecież u Szklarskich Dakotowie byli dobrzy, a tutaj są źli? Nie podchodziłem do Maya bezkrytycznie” – dodaje ktoś o pseudonimie Mała kopa.

Każdy autor powieści indiańskich miał swoje ulubione plemię, które faworyzował. May pisał z uwielbieniem o Apaczach, Szklarski o Siuksach. „Trylogia Szklarskich jest o tyle ciekawa, że pojawiają tam się autentyczne postacie i zdarzenia – choćby bitwa pod Little Big Horn. To smutna książka, jak cała historia dumnego narodu Indian” – przyznaje Sympatyk. „Winnetou„ też nie kończy się happy endem. Nie jest to bowiem powieść przygodowa której bohater wpada w tarapaty i zwycięsko z nich wychodzi, ale prawdziwy Bildungsroman, czyli opowieść o dojrzewaniu i formowaniu osobowości. Old Shatterhand, alter ego autora, początkowo jest zwykłym żółtodziobem, dopiero pod wpływem mistrza zdobywa wiedzę i odkrywa swoje wyjątkowe zdolności. „Znam jeszcze smutniejsze książki – twierdzi Mała kopa. »Odwaga« Nory Szczepańskiej w smutku jest niedościgniona, a zarazem najprawdziwsza, bo Indianie są tam zwykłymi ludźmi, a nie herosami. Dosłownie, jakaś czarna dziura zionie z tej książki. Może tylko powieści Coopera mogą się z nią równać”.

Tomahawk od wuja

Paradoksalnie, mit Dzikiego Zachodu i czerwonoskórych funkcjonował w Polsce dłużej niż na Zachodzie. Nawet już po śmierci klasycznego westernu w polskiej wyobraźni ten mit był nadal aktualny i użyteczny. W takim kontekście można było do woli pisać o Ameryce. W książce Wiktora Woroszylskiego „I ty zostaniesz Indianinem” z 1960 r. pojawia się tajemniczy wuj z Ameryki, który wręcza bohaterowi tomahawk (kolejne nieznane dzisiejszym dzieciom słowo).

Najważniejsze jednak w polskiej popularności Indian było nasze współczucie dla uciśnionych i walczących o wolność. Mieliśmy zresztą też legendę polskiego Indianina, Stanisława Supłatowicza, czyli Sat-Okha, który podobno wychował się wśród Indian, ale i walczył w AK. Łączył więc dwie najlepsze tradycje. – Popularność Indian w Europie narodziła się jeszcze na długo przed II wojną światową (świadczą o tym choćby wspomnienia Kornela Makuszyńskiego). W bloku wschodnim owa popularność była kontynuacją tej przedwojennej, toteż kult dzielnego Indianina w Europie Wschodniej i Zachodniej wyglądał podobnie. Po naszej stronie żelaznej kurtyny mógł być ten kult jakoś podtrzymywany przez oficjalną propagandę, dla której Indianie byli niejako pierwszymi ofiarami amerykańskiego imperializmu. Jednak wydaje mi się, że społeczna fascynacja Indianami żyła raczej własnym życiem – mówi Walasek.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną