Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Książki

Baśnie Andersena. Od początku do końca

Kawiarnia literacka

Pamiętam emocje towarzyszące lekturze baśni Andersena. Lat liczyłem sobie niewiele, książki lubiłem, w świat sprawiedliwy wierzyłem, Pankracego oglądałem, oranżadę w proszku sypałem na rękę i zlizywałem. Zwyczajne dziecko w normalnym świecie.

Tylko ten Andersen nie pasował. Z Andersenem wszystko było nie tak. Owo nie-tak zaczynało się już w tytule. Kto normalny nadaje bajce tytuł „Igła do cerowania? Albo „Kogut podwórzowy i kogucik na dachu”? Kto normalny bohaterem swoich bajek czyni ziarenka grochu, kołek w płocie albo stokrotkę? Kto normalny kończy bajkę słowami: „Teraz możesz się nad nim [opowiadaniem] zastanowić”? Kto normalny pozwala bohaterom cierpieć i nie daje im na koniec zasłużonego długo-i-szczęśliwie? Kto normalny zastępuje za-siedmioma-górami-i-siedmioma-rzekami czymś takim: „Czy znasz bajkę o starej latarni? Nie jest ona taka bardzo zajmująca, ale raz można jej posłuchać”?

Otóż nikt normalny. Tylko Andersen.

Andersen, którego znałem, co oczywiste, jedynie z jego tekstów, był pierwszym świrem w moim życiu, pierwszą osobą nieprzystającą do rzeczywistości, pierwszym puzzlem, który nijak pasował do pozostałych puzzli.

Jako dziecko nie miałem zielonego pojęcia, że oto stykam się z geniuszem prawdziwym, redefiniującym świat i dziecięcą wrażliwość. Że dotykam istoty osobnej. Syna szewca i niepiśmiennej praczki, śpiewaka z wysokim sopranem zabitym przez mutację, aż wreszcie – biseksualisty czy też homoseksualisty (zdania są podzielone).

Tak czy tak, Andersen budził we mnie małolacie fundamentalny sprzeciw. Sprzeciw spleciony z fascynacją. Nienawidziłem jego opowieści i nie mogłem przestać czytać. Czasem płakałem. Płakałem ze złości. Bo wiedziałem, że Andersen nie pasuje do uproszczonego świata dziecięctwa, a także wiedziałem, że racja jest po jego stronie. Że świat nie jest sprawiedliwy, czarno-biały. Że życie jednak toczy się w kolorze i pośród dźwięków.

 

Przypominam o Andersenie, żeby opowiedzieć o filmie, który widziałem niedawno, a który wyzwolił we mnie podobne emocje: fundamentalny sprzeciw połączony z gorzką fascynacją. Film zwie się „Od początku do końca” („Do Começao ao Fim”, Brazylia, 2009) i opowiada historię braterskiej miłości, przechodzącej stopniowo w związek kazirodczy. Thomás i Francisco – bracia, którzy zostali kochankami, od początku do końca.

Dlaczego ten film jest bajką? Po pierwsze, decyduje „klasyczna” forma. Kamera się nie trzęsie, a przecież współczesne kino przyzwyczaiło nas, że o rzeczach trudnych opowiada się roztrzęsionymi ujęciami z ręki przy niskim najchętniej budżecie, fatalnym dźwięku, jeszcze gorszym oświetleniu, że o zaangażowaniu scenarzysty nie warto nawet wspominać. Po drugie, wszyscy są piękni i bogaci (rzecz dzieje się, przypomnę, w Brazylii, z krótkimi wypadami do Argentyny i Rosji), materialne troski nie występują, podobnie jak nie występują fawele. Ba!, powiem więcej, wszyscy bohaterowie wypowiadają się pełnymi zdaniami i są inteligentni, taka zaś sytuacja przydarza się wyłącznie w rzeczywistości bajkowej. Kiedy bohaterowie cierpią, cierpienie maluje się na ich twarzach niezależnie od liczby dioptrii u widza. Kiedy są szczęśliwi, trudno to szczęście przeoczyć. Co gorsza, ten film ma początek, środek i koniec. Po prostu skandal!

Dlaczego ten film jest bajką andersenowską? Ponieważ burzy schematy, na manowce widza zwodzi, nie przystaje do codzienności, przyprawia o dyskomfort. I nie idzie mi teraz o kazirodczą miłość. Temat ten jest wszak przerabiany przez kulturę od czasu „pierwszej narracji”, gdy Ewa z Adamem zaludnili Ziemię. Idzie mi o rzecz inną. Otóż film opowiada historię, która sięga poza kategorie dobra i zła, która dzieje się w swoistej próżni etycznej, a nawet – z pewną przesadą rzec można – poza kulturą w ogóle.

Co zatem znajduje się poza dobrem i złem? Albo inaczej: czy istnieje coś prostszego, głębszego, coś bardziej pierwotnego od dobra i zła? Odpowiem za twórcami filmu – miłość i szczęście.

Francisco i Thomás kochają się od lat, od dziecka. Jest to miłość spokojna, mocna, bez fajerwerków. Jest to miłość względem świata autonomiczna. Jest to także miłość w ukryciu z tej przyczyny, iż związek kazirodczy łamie nie tylko obecnie obowiązujące normy, ale także podlega penalizacji (np. w Polsce do lat pięciu). Thomás i Francisco w ogóle nie zastanawiają się nad tym, czy postępują obyczajnie, czy grzeszą, czy przekroczyli granicę. Oni się kochają, a że przy tym nikogo nie krzywdzą, to ich miłość nie mieści się w kategorii złej albo grzesznej miłości. Miłość odwzajemniona nie może być zła, a jeśli jest zła, to tym gorzej dla dobra.

 

W żadnym razie nie twierdzę, że „Od początku do końca” jest filmem wybitnym, filmem na miarę Andersena. Nie zamierzam zresztą tego filmu oceniać; od czasów Ewy i Adama, od czasów sporu wokół jabłka obowiązuje zasada de gustibus…, i zasada ta wydaje się równie mocna jak dekalog, a przy tym sporo krótsza. Chciałem zwrócić uwagę na rzecz odmienną: film ten obrazuje bardzo ciekawy proces. Nie tylko wiara podlega przeniesieniu w sferę prywatną. Także dobro i zło stają się kwestiami osobniczymi. Już nie wybieramy między dobrem a złem jako wartościami uniwersalnymi. Wybieramy – najpierw – metodologię. Każdy we własnym domu. Na własną rękę. Rękoczyny XXI w.

 

 

Ignacy Karpowicz (ur. 1976 r.), pisarz i podróżnik, nominowany do Paszportu POLITYKI za debiutancką powieść „Niehalo” (2006 r.). Rok później napisał „Cud” i „Nowy kwiat cesarza”. Jego kolejna książka „Gesty” została w 2009 r. nominowana do nagrody literackiej Nike. Ostatnio ukazała się jego najnowsza powieść „Balladyny i romanse”.

Polityka 48.2010 (2784) z dnia 27.11.2010; Kultura; s. 83
Oryginalny tytuł tekstu: "Baśnie Andersena. Od początku do końca"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

W hamaku i na leżaku. Wybraliśmy 12 książek na lato

Latem można nadrobić zaległości z całego roku, dlatego proponujemy starannie wybrany zestaw 12 gorących powieści, kryminałów i książek non-fiction z ostatnich miesięcy. Wciągających, poruszających, odkrywczych.

Jakub Demiańczuk, Justyna Sobolewska, Aleksandra Żelazińska
02.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną