Kawiarnia literacka

Baśnie Andersena. Od początku do końca
Pamiętam emocje towarzyszące lekturze baśni Andersena. Lat liczyłem sobie niewiele, książki lubiłem, w świat sprawiedliwy wierzyłem, Pankracego oglądałem, oranżadę w proszku sypałem na rękę i zlizywałem. Zwyczajne dziecko w normalnym świecie.

Tylko ten Andersen nie pasował. Z Andersenem wszystko było nie tak. Owo nie-tak zaczynało się już w tytule. Kto normalny nadaje bajce tytuł „Igła do cerowania? Albo „Kogut podwórzowy i kogucik na dachu”? Kto normalny bohaterem swoich bajek czyni ziarenka grochu, kołek w płocie albo stokrotkę? Kto normalny kończy bajkę słowami: „Teraz możesz się nad nim [opowiadaniem] zastanowić”? Kto normalny pozwala bohaterom cierpieć i nie daje im na koniec zasłużonego długo-i-szczęśliwie? Kto normalny zastępuje za-siedmioma-górami-i-siedmioma-rzekami czymś takim: „Czy znasz bajkę o starej latarni? Nie jest ona taka bardzo zajmująca, ale raz można jej posłuchać”?

Otóż nikt normalny. Tylko Andersen.

Andersen, którego znałem, co oczywiste, jedynie z jego tekstów, był pierwszym świrem w moim życiu, pierwszą osobą nieprzystającą do rzeczywistości, pierwszym puzzlem, który nijak pasował do pozostałych puzzli.

Jako dziecko nie miałem zielonego pojęcia, że oto stykam się z geniuszem prawdziwym, redefiniującym świat i dziecięcą wrażliwość. Że dotykam istoty osobnej. Syna szewca i niepiśmiennej praczki, śpiewaka z wysokim sopranem zabitym przez mutację, aż wreszcie – biseksualisty czy też homoseksualisty (zdania są podzielone).

Tak czy tak, Andersen budził we mnie małolacie fundamentalny sprzeciw. Sprzeciw spleciony z fascynacją. Nienawidziłem jego opowieści i nie mogłem przestać czytać. Czasem płakałem. Płakałem ze złości. Bo wiedziałem, że Andersen nie pasuje do uproszczonego świata dziecięctwa, a także wiedziałem, że racja jest po jego stronie. Że świat nie jest sprawiedliwy, czarno-biały. Że życie jednak toczy się w kolorze i pośród dźwięków.

 

Przypominam o Andersenie, żeby opowiedzieć o filmie, który widziałem niedawno, a który wyzwolił we mnie podobne emocje: fundamentalny sprzeciw połączony z gorzką fascynacją. Film zwie się „Od początku do końca” („Do Começao ao Fim”, Brazylia, 2009) i opowiada historię braterskiej miłości, przechodzącej stopniowo w związek kazirodczy. Thomás i Francisco – bracia, którzy zostali kochankami, od początku do końca.

Dlaczego ten film jest bajką? Po pierwsze, decyduje „klasyczna” forma. Kamera się nie trzęsie, a przecież współczesne kino przyzwyczaiło nas, że o rzeczach trudnych opowiada się roztrzęsionymi ujęciami z ręki przy niskim najchętniej budżecie, fatalnym dźwięku, jeszcze gorszym oświetleniu, że o zaangażowaniu scenarzysty nie warto nawet wspominać. Po drugie, wszyscy są piękni i bogaci (rzecz dzieje się, przypomnę, w Brazylii, z krótkimi wypadami do Argentyny i Rosji), materialne troski nie występują, podobnie jak nie występują fawele. Ba!, powiem więcej, wszyscy bohaterowie wypowiadają się pełnymi zdaniami i są inteligentni, taka zaś sytuacja przydarza się wyłącznie w rzeczywistości bajkowej. Kiedy bohaterowie cierpią, cierpienie maluje się na ich twarzach niezależnie od liczby dioptrii u widza. Kiedy są szczęśliwi, trudno to szczęście przeoczyć. Co gorsza, ten film ma początek, środek i koniec. Po prostu skandal!

Dlaczego ten film jest bajką andersenowską? Ponieważ burzy schematy, na manowce widza zwodzi, nie przystaje do codzienności, przyprawia o dyskomfort. I nie idzie mi teraz o kazirodczą miłość. Temat ten jest wszak przerabiany przez kulturę od czasu „pierwszej narracji”, gdy Ewa z Adamem zaludnili Ziemię. Idzie mi o rzecz inną. Otóż film opowiada historię, która sięga poza kategorie dobra i zła, która dzieje się w swoistej próżni etycznej, a nawet – z pewną przesadą rzec można – poza kulturą w ogóle.

Co zatem znajduje się poza dobrem i złem? Albo inaczej: czy istnieje coś prostszego, głębszego, coś bardziej pierwotnego od dobra i zła? Odpowiem za twórcami filmu – miłość i szczęście.

Francisco i Thomás kochają się od lat, od dziecka. Jest to miłość spokojna, mocna, bez fajerwerków. Jest to miłość względem świata autonomiczna. Jest to także miłość w ukryciu z tej przyczyny, iż związek kazirodczy łamie nie tylko obecnie obowiązujące normy, ale także podlega penalizacji (np. w Polsce do lat pięciu). Thomás i Francisco w ogóle nie zastanawiają się nad tym, czy postępują obyczajnie, czy grzeszą, czy przekroczyli granicę. Oni się kochają, a że przy tym nikogo nie krzywdzą, to ich miłość nie mieści się w kategorii złej albo grzesznej miłości. Miłość odwzajemniona nie może być zła, a jeśli jest zła, to tym gorzej dla dobra.

 

W żadnym razie nie twierdzę, że „Od początku do końca” jest filmem wybitnym, filmem na miarę Andersena. Nie zamierzam zresztą tego filmu oceniać; od czasów Ewy i Adama, od czasów sporu wokół jabłka obowiązuje zasada de gustibus…, i zasada ta wydaje się równie mocna jak dekalog, a przy tym sporo krótsza. Chciałem zwrócić uwagę na rzecz odmienną: film ten obrazuje bardzo ciekawy proces. Nie tylko wiara podlega przeniesieniu w sferę prywatną. Także dobro i zło stają się kwestiami osobniczymi. Już nie wybieramy między dobrem a złem jako wartościami uniwersalnymi. Wybieramy – najpierw – metodologię. Każdy we własnym domu. Na własną rękę. Rękoczyny XXI w.

 

 

Ignacy Karpowicz (ur. 1976 r.), pisarz i podróżnik, nominowany do Paszportu POLITYKI za debiutancką powieść „Niehalo” (2006 r.). Rok później napisał „Cud” i „Nowy kwiat cesarza”. Jego kolejna książka „Gesty” została w 2009 r. nominowana do nagrody literackiej Nike. Ostatnio ukazała się jego najnowsza powieść „Balladyny i romanse”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną