Twoja „Polityka”. Jest nam po drodze. Każdego dnia.

Pierwszy miesiąc tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Książki

Stan nieważkości

Kawiarnia literacka

Ptaszę śpiewa, drzewa okrywają się liśćmi, przepraszam, listowiem, wiosna się zaczyna, przepraszam, budzi! Jak co roku. Przynosząc, wraz z roztopami, wychodzące spod śniegu całe pokłady przestarzałej leksyki (zamiast utopić ją raz a dobrze z Marzanną), wszystkie te ptaszęta i listowia.

We mnie tymczasem, również jak co roku, budzi się jakieś nie do końca określone oczekiwanie, które długo próbowałem sobie wyjaśnić jako ogólną chętkę na to, żeby było ciepło, słonecznie i zielono, żeby pomidor pachniał i smakował pomidorem, a nie watą, żeby szparagi były świeże, a nie z puszki, i żeby dało się jeść śniadanie na balkonie. Ale chodzi o coś innego i dopiero ostatnio, dość przypadkowo, doszedłem do źródeł tego niewyraźnego oczekiwania. Otóż na wiosnę jeździło się do Jadwisina.

Pałac w Jadwisinie, ośrodek URM, wznosi się nadal na skarpie ponad Zalewem Zegrzyńskim, ale stopniowo wraca do przedwojennych właścicieli, teraz więc jeździ się gdzie indziej, a mianowicie – do Świdra. To tam co roku pojawia się tłum stypendystów Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, którzy zjeżdżają na kilkanaście dni do – nieporównywalnie brzydszego niż neobarokowy pałacyk – gmachu i oddają się funduszowym rozrywkom.

O „stypendach” można bez końca, jak o nieznanych rasach albo bajkowych stworzeniach; mówiąc jednak zupełnie niebajkowo, są to wyjątkowo zdolne dzieci i takaż młodzież, ale powiedzieć tak – to nic nie powiedzieć. Fundusz bowiem nie wypłaca stypendiów w brzęczącej monecie, ale organizuje spotkania żądnych wiedzy uczniów z żądnymi jej przekazywania naukowcami, pisarzami, artystami, którzy (za darmo, narażając się na rozmaite niewygody i krępujące nieraz pytania), jadą w leśną głuszę do Świdra i wykładają: a to o Bachu, a to o mejozie, a to o języku azteckim. Od rana do wieczora trwa ta orgia przekazywania wiedzy, dyskutowania, opowiadania hermetycznych żartów. Nie wiem, jakim cudom zawdzięczamy, że Fundusz istnieje i prowadzi swoją misję przez ćwierć wieku (obóz w Jadwisinie, a teraz w Świdrze to tylko jeden z elementów w całorocznym planie), są to jednak, sądzę, przede wszystkim cuda personalne: ogromna rzesza osób, które pomagają tej instytucji borykać się z kolejnymi kłopotami finansowymi (podpowiedź na czasie: można Funduszowi przekazać 1 proc. podatku!), odwalać papierkową robotę, przenosić biuro do nowego budynku, i tak dalej, ale przede wszystkim: edukować. A nie jest łatwo.

Nie żeby „stypendzi” byli tumanami; wręcz przeciwnie. Ale ich głód wiedzy przybiera nieraz formy patologiczne (zaś kontrast między „dorosłymi” kompetencjami intelektualnymi a „dziecięcymi” zachowaniami społecznymi bywa piorunujący). Przez lata od najrozmaitszych osób, i profesorów, i stypendystów, słyszałem anegdotki o podopiecznych Funduszu. Jak choćby o tym dwunastolatku, który zwierzał się profesorowi, że ma trudności z czytaniem „Roczników” Jana Długosza. „No tak – pocieszał go naukowiec, jeden z najwybitniejszych polskich historyków – to jest dzieło długie, skomplikowane, napisane niełatwym językiem...”. „A nie, nie – odpowiada na to chłopiec – kłopot w tym, że ja po prostu jestem z małej miejscowości i nie mamy w bibliotece dużego słownika łaciny średniowiecznej...” – bo czytał Długosza w oryginale.

Kiedy słucha się dyskusji szóstoklasistów o polityce zagranicznej Jana Kazimierza, uderza, jak bardzo ich zachowania są odbiciem dyskusji poważnych naukowców, z powstrzymywaną z trudem niechęcią, ze złośliwymi uwagami i przeciąganiem przez zęby takich czy innych opracowań; czeka się tylko na „panie kolego” rodem z dowcipów o docentach. „Jak tresowane małpki!” – powiedziałby ktoś. I powiedziałby głupio. Równocześnie bowiem jest w tym coś bardzo prawdziwego: problemy i zachowania „stypendów” są po prostu nieco inne niż problemy ich rówieśników.

Dlatego – poza oczywistymi zyskami naukowymi, poza wspieraniem i rozwijaniem grupy wyjątkowych osobowości – dokonuje się tu proces ważniejszy może; mnóstwo z tych dzieciaków pochodzi z małych miejscowości, gdzie nie tylko nie ma porządnego słownika łaciny średniowiecznej, ale w ogóle mało co jest, a ich rozległe zainteresowania spotykają się w najlepszym razie z obojętnością, w najgorszym – z kpiną. A nawet ci uprzywilejowani, pochodzący z dużych miast, z rodzin inteligenckich, z dostępem do książek, muzeów, teatrów, nierzadko nie odnajdują się w szkolnej rzeczywistości. Tymczasem nagle okazuje się, że trafiają na innych, podobnych sobie, którzy nie widzą niczego dziwnego w fascynacji fraktalami albo uczeniu się znaków japońskiego pisma.

Dziś może ma to nieco mniejsze znaczenie; ale w czasach przedfacebookowych i przedinternetowych wiosenne zjazdy w Jadwisinie były swoistą skrzynką kontaktową, a znajomości tam zawarte trwały całymi miesiącami w papierowej (istniała taka!) korespondencji aż do kolejnego kwietnia. Najlepszy dowód, że po latach wciąż jeszcze odzywa się we mnie to wiosenne oczekiwanie, choć byłem tam raptem dwa razy.

Myślę o „stypendach” – również o sobie sprzed tych czternastu lat – że są uwięzieni w dziecięcych ciałach trochę tak jak Hawking w ciele sparaliżowanym; to, że powinni się „bawić beztrosko”, „korzystać z dzieciństwa” (na co nie mają najmniejszej ochoty, bo wolą korzystać z tego czasu w inny sposób), jest im narzucane na siłę, jest kostiumem „uroczych brzdąców”, w który wtłacza się ich, choć dawno już, przedwcześnie, z niego wyrośli. Inni wykpiwają ich jako dziwaków i kujonów z energią każdego patafiana, który trafia na sprawy większe niż to, co „tępymi zakreśla oczy”. I nagle taki oddech, na wiosnę, choćby i w Świdrze – gdzie trafiają jak sparaliżowany do stanu nieważkości – i unoszą się, rozmawiając chociażby o Paleologach czy paleolicie!

Jacek Dehnel, pisarz (ostatnio wydał powieść „Saturn”), poeta, tłumacz (Larkin, Verdins) i malarz. Zajmuje się zbieractwem i łowiectwem (gratów), prowadzi blog poświęcony międzywojennemu tabloidowi kryminalnemu „Tajny Detektyw”, nie prowadzi samochodu.

Polityka 17.2011 (2804) z dnia 23.04.2011; Kultura; s. 107
Oryginalny tytuł tekstu: "Stan nieważkości"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Sprawa Iwony Wieczorek wraca na Netflixie. I nadal budzi wielkie zainteresowanie

„Sprawa Iwony Wieczorek” szybko stała się hitem Netflixa. Nie kusi widza fałszywą obietnicą, iż znajdzie odpowiedzi na kluczowe pytania. Po serial na pewno obowiązkowo powinna sięgnąć policja.

Ryszarda Socha
16.09.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną