Książki

Fragment najnowszej książki Jacka Hugo-Badera "Dzienniki kołymskie"

Najnowsza powieść Jacka Hugo-Badera to literacki efekt jego podróży na Kołymę. Najnowsza powieść Jacka Hugo-Badera to literacki efekt jego podróży na Kołymę. Wyd. Czarne / materiały prasowe
W księgarniach ukazały się właśnie "Dzienniki kołymskie" reportażysty Jacka Hugo-Badera. To efekt podróży na Kołymę, kojarzoną z niegdysiejszymi łagrami, dokąd zsyłano tych, z którymi komunistycznej władzy było nie po drodze. Jak teraz wygląda tam życie? Wybraliśmy dla Państwa trzy opowieści.
Szamanka Dora. Widzi, kim byliśmy, nim się urodziliśmy oraz jak i kiedy umrzemy.Jacek Hugo-Bader/Materiały prywatne Szamanka Dora. Widzi, kim byliśmy, nim się urodziliśmy oraz jak i kiedy umrzemy.
Babuszka Tania prosi Boga o śmierć.Jacek Hugo-Bader/Materiały prywatne Babuszka Tania prosi Boga o śmierć.

Szamanka Dora – zamiast wstępu

Nieskończenie długim charknięciem zaciąga gila do gardła. Co z tym zrobi? – zastanawiam się. Wypluje do popielnicy, fikusa, do kosza na śmieci? A może połknie? Ediij Dora wstaje i rozgląda się, pokazuje coś na migi, więc nasza tłumaczka (duchy pozwalają Dorze mówić tylko po jakucku) podaje jej usłużnie kartkę papieru. Nauczycielka robi rożek i wypluwa do niego wielkiego, zielonego gluta, który na długo jak gorący sopel zawisa u jej dużych warg.

To dobra okazja, żeby się wytłumaczyć. W sprawie konstrukcji i okładki tej książki. Że trzy części, ciemnozielony kolor, złote litery… Wszystko to Ediij Dora widziała oczami duszy już rok temu.

Według dowodu osobistego nazywa się Fiedora Innokientiewna Kabiakowa. Ediij to szamanka, nauczycielka, uzdrowicielka, a dosłownie – „Starsza Siostra”. Miała dwadzieścia lat, a już w Jakucji tak ją nazywano. To bardzo chwalebny, niemal religijny tytuł, którym człowieka obdarza lud.

Piszę dopiero piąty akapit tej książki, ale już mam obgadaną z wydawnictwem sprawę tej zieleni i złota. Trochę kręcili nosem, że na oko będzie jak Koran, ale dali się przekonać. Że Ediij Dora wie lepiej. Ona wie wszystko. Nawet to, jak i kiedy umrę, jakie drzewo rośnie przed moim domem, co myślę i kiedy książka ma być gotowa. Dokładnie dwanaście miesięcy po naszym spotkaniu, zatem w grudniu 2011 roku. A gdyby robota mi nie szła, mam wyjść z domu i nakarmić to moje drzewo. Jej duch w nim będzie. Albo jeszcze lepiej pojechać nad mateczkę rzekę, która przepływa przez moje miasto, i też ją nakarmić. Kawałek chleba, mięsa, trochę masła i mleka pozostawione w ofierze na brzegu i będzie się lekko pisać.

– Ale radzę wam, żebyście pisali jak najprościej – mówi Dora. – O mnie też. I niedużo. Bo niewiele rozumiecie.

Po godzinie rożek Nauczycielki pełen jest zieleni.
– Wiem, że cały czas zastanawiacie się, czy jestem chora – Dora czyta w moich myślach. – To, co trzymam w ręku, zebrałam z ciebie. To są twoje złe  doświadczenia z podróży, którą właśnie skończyłeś, złe wspomnienia, źli ludzie, niemoc, choroby, wódka, strach, zmęczenie… Oczyściłam cię. I wszystkich ludzi, którzy przeczytają twoją książkę i nie sprawi im to przyjemności. Zobacz, ile się tego zebrało.

Na koniec praktyczna rada ode mnie. Wcale nie trzeba tej książki czytać od deski do deski. Żeby odbyć ze mną całą podróż, wystarczy przeczytać tylko Dziennik, zatem co drugi, trzeci rozdział. Ale najlepsze, co mnie w niej spotkało – to znaczy ludzie i zawartość rożka z glutami – opisane jest w pozostałych rozdziałach.

(...)

Babuszka Tania – żelazny krzyż

Babcia, babuszka, babula, babuliczka, babuleńka… A na ile sposobów można powiedzieć „matka”. Rosyjski, jeśli chodzi o czułość, jest niedościgniony.

Oto babuszka Tania, rocznik 1917, na Kołymie od 1942 roku. Dziesięć lat łagru ze sto trzydziestego szóstego artykułu kodeksu karnego (czyli za zabójstwo), a ponieważ pyskuje, bo nie zgadza się z wyrokiem, dostaje jeszcze osiem za antysowiecką agitację, w skrócie asa. To dziesiąty z czternastu strasznych paragrafów w bukiecie pięćdziesiątego ósmego artykułu radzieckiego kodeksu karnego. Wszyscy przyłapani na opowiadaniu kawałów politycznych dostawali karę z tego paragrafu, tak jak esperantyści dostawali paragraf szósty – szpiegostwo. Pięćdziesiąty ósmy, tak zwany „polityczny” artykuł kodeksu karnego, został napisany własną ręką przez Włodzimierza Lenina. „Wrogowie ludu” skazani z tego artykułu to połowa wszystkich kołymian. Druga połowa to więźniowie kryminalni. Ale kryminalnym może być mężczyzna, który kradnie trzy butelki nafty, kobieta, która zbiera kłosy zboża z kołchozowego pola po żniwach, albo młodzieniec, którego kilka razy złapali na jeździe pociągiem na gapę.

Babuszka Tania jest wyjątkowa, bo to jedyny przypadek, jaki znam, żeby zek sam wprosił się na Kołymę. Gdzieś usłyszała, że każdy rok liczą tu za dwa, pomyślała więc, że swoje osiemnaście lat odsiedzi w dziewięć, wyjdzie na wolność i odszuka siedmiomiesięcznego synka, którego już po aresztowaniu sama odniosła do domu dziecka. Jej mąż przepadł na froncie bez wieści.

Z łagru zwolnili babuszkę w 1956 roku jako jedną z ostatnich. Przesiedziała czternaście lat.
– Jadę w dietdom, ale nie ma. Umarł. Umarł! Mi powiedzieli.

Rok pożył i wszystko. Pokazują dokumenty.

W latach wojny, według oficjalnych danych, w ZSRR umierało pięćdziesięcioro pięcioro na sto dzieci przychodzących na świat. Największa śmiertelność była w domach dziecka. Po wojnie Kraj Rad miał dziewiętnaście milionów sierot, w tym pięć milionów biezprizornych, bezdomnych.
– Ale dziecko zdrowiuteńkie oddałam ja – lamentuje babuszka. – Idę na milicję i pytam, gdzie ten naczelnik, co mi zabierał dziecko? Wyjechał. Nie wiadomo gdzie. A to on chciał zabrać moje dziecko dla siebie, bo nie miał swojego. Po to do tiurmy mnie wsadził. Tak zostałam sama i wróciłam na Kołymę. Wyszłam
za Bobkowa, mojego strażnika, z którym już cztery lata żyłam w żeńskim łagrze w Elgienie. Umarł na raka jeszcze w tym samym roku. I wyszłam za Gawriłowa, mojego Kolę, z którym przeżyłam pięćdziesiąt pięć lat. On był milicjantem, ale potem razem pracowaliśmy w kotłowni. Był palaczem, a ja taczkami
woziłam węgiel.

 

 

Nie mieli dzieci. Na początku 2010 roku babuszka Tania została wdową po raz trzeci.
– Ja jeszcze za cara się rodziłam, potem był Lenin, Stalin, i wszystkich przeżyłam. I Bóg mnie nie zabiera. Proszę i proszę o śmierć, a on nic. Wszyscy mówią: „Ty lepiej proś, żeby śmierć dał ci lekką”. A gdzie mi tam o śmierć lekką prosić! Daj śmierć, jaką tam masz pod ręką. Jednego pochowałam,  drugiego, trzeciego, a ja żyję. No, po co? Bóg niesprawiedliwy. Miałam krzyżyk i łańcuszek złoty, com se do chrztu kupiła. O, taki gruby. Siedem tysięcy za niego dałam. Socjalna robotnica mi go ukradła. Głowę mi myła nad wanną i niby przypadkiem zerwała. Potem założyła, ale już nie ze złota. Boże ty mój, gadzina jedna! Ja jej pieniądze daję, a ona nic nie kupuje. Leków nie przynosi. Odkładałam, odkładałam po trochu latami z emerytury, żeby temu, co pierwsze umrze, drugie na grobie płotek postawiło i krzyż żelazny. Dałam pieniądze socrobotnikom na ogrodzenie i krzyż żelazny dla Koli, jak umarł, a sąsiadka mi mówi, że jest drewniany. Taki grzech na duszę wzięli. Krzyż drewniany kosztuje trzy tysiące, a żelazny piętnaście, a ja nogami nie chodzę, to nie pójdę, nie sprawdzę. Daj już, Boże, śmierć, jaką tam masz pod ręką.

(...)

Iwan Iwanowicz – Jan Serce

Iwan Iwanowicz, czyli Jan syn Jana. To taki rosyjski Pan Nikt. Jakby w Polsce nazwać kogoś Janem Kowalskim, w Czechach Pepikiem Vondráčkiem, a w Anglii Johnem Smithem. Nawet manekina, co przed Gagarinem poleciał w kosmos na statku Wostok, nazwali Iwanem Iwanowiczem.

A w stalinowskich łagrach to była obelga. Właśnie tak nazywano w nich wszystkich profesorów, literatów, artystów, inżynierów, działaczy partyjnych, nauczycieli – wszystkich inteligentów. Ich los w tamtej epoce był najstraszniejszy.

Kolejne fale czystek zmiotły co najmniej połowę rosyjskiej inteligencji. Zostali rozstrzelani albo wpakowani do łagrów. Tak oto dokonała się „potworna selekcja okresu stalinowskiego – pisze w swoich wspomnieniach była zeczka Wiera Szulc – która stworzyła, zdawałoby się, nowy gatunek ludzi: pokornych, odrętwiałych, pozbawionych inicjatywy, milczących”. Zrodził się radziecki człowiek, homo sovieticus, osobnik bez odrobiny nawet skłonności do buntu, ale z ogromnym talentem do złodziejstwa. Toż tam do tej pory się mówi, że złodziej nie kradnie, tylko bierze, co źle leży. Nowy radziecki człowiek jest bezwolny, bojaźliwy, leniwy, cierpi na syndrom milczenia i syndrom paputczika. To człowiek, który nie wykrzykuje swojego bólu z duszy, tylko wyszeptuje go w podróży nieznajomemu. Albo znieczula wódką.

W drodze, po udanej już przeprawie przez Ałdan, moi wstawieni paputczicy robią się hałaśliwi. Rozładowują napięcie tanim winem w kartonie i opowiadaniem kawałów.
– „Babciu, pyta wnuczek, czy to prawda, że w czasie blokady Leningradu nie było chleba?” „Prawda, wnusiu”. „To co? Masłem smarowaliście kiełbasę?”.

Po dowcipie osiłka Sierioży nikomu nawet warga w uśmiechu nie drgnęła, a geolog Walera, któremu najmniej jest wesoło, bo jedzie na pogrzeb matki, ocenia, że kawał cokolwiek debilowaty.
– Toż tam milion ludzi zginęło – burczy pod nosem i zasypia.

W naszym samochodzie są trzy rzędy foteli i gorąco jest jak w piekarniku. W pierwszym rzędzie siedzi rozebrany do koszulki kierowca i Wasilij, jedyny nie‑Słowianin w naszym towarzystwie w ogromnych walonkach, kożuchu i wełnianej czapce. Z Iwanem Iwanowiczem zajęliśmy środkowy rząd, a w trzecim siedzą Walera i Sierioża. Obaj w wielkich futrzanych czapach, obaj śpią już z otwartymi ustami.
– Skąd się, Iwanie Iwanowiczu, wzięliście na Kołymie? – pytam siedzącego obok smutnego mężczyzny.
– Z Kalinina pod Moskwą, z fabryki maszyn tkackich – mówi mój towarzysz podróży i ściąga goreteksową kurtkę w panterkę z naszywką „Spasatiel A II Rh+”. Pięćdziesięcioośmioletni Iwan Iwanowicz Igoszyn jest ratownikiem ochotniczej służby specjalizującej się w niesieniu pomocy głównie w górach i na wodzie.
– W mojej fabryce pracowało jedenaście tysięcy osób – opowiada. – Walka o realizację planu była bojem na śmierć i życie. Dosłownie. Miesiąc, w którym jakiś inżynier nie dostał zawału, był anomalią. Przyjaciele zapijali się, umierali, a ja tyrałem jak wół, a potem na czele kolektywu pracowniczego kroczyłem z czerwonym sztandarem w pochodzie. To musiało się źle skończyć. No i jadę już na trzecią w moim życiu operację serca. Na Syberii tylko w Nowosybirsku je robią. Jak się uda, może pożyję jeszcze trochę, a jak nie, zostaje mi…

Iwan Iwanowicz zapada się w myśli na parę minut, a ja nie przerywam ciszy.
– Pół roku czekam na tę operację – mówi po powrocie na ziemię.
– Kolejka ogromna, ale przesunęli mnie do przodu, bo stan gwałtownie się pogarsza. Teraz już muszę się bardzo spieszyć.
– To po co czekaliście z przeprawą tak długo? Mogliście zginąć na tej rzece, nie dojechawszy do Nowosybirska. Wiedzieliście przecież, że 15 października zamykają przeprawę.
– Jasne. Ale nie miałem wszystkich analiz. Tutaj mi je robili. Do szpitala przyjmują tylko ze wszystkimi badaniami.

– Baliście się na rzece? – pytam.
– Nie. Przecież ja umieram.
– Na rzece mówiliście, że tylko durnie się nie boją.
– Oczywiście. Tak z szacunku do rzeki powiedziałem. Bez kamizelek w tej temperaturze i wśród kry byliśmy bez szans. Wystarczy, że zepsułby się ten głupi silniczek, wystarczy trafić na większe pole lodowe, nieprawidłowy manewr… W zeszłym roku z naszego miasteczka uniosło człowieka na krze. Sześćdziesiąt
kilometrów go niosło, nim po pięciu godzinach zdjęli go śmigłowcem. Amputowali mu odmrożone ręce i nogi, a i z głową nie było już potem w porządku.

Iwan Iwanowicz uciekł ze swojej fabryki maszyn tkackich w 1987 roku. Napisał czternaście listów do czternastu różnych miejsc na Dalekiej Północy z prośbą o pracę. Ale ani na Nowej Ziemi, ani na Kołymie, Czukotce, Ziemi Franciszka Józefa nie potrzebowali inżyniera od maszyn tkackich. Odezwali się tylko z Chandygi.
– Przyjechałem z żoną i dwoma plecakami. Założyliśmy mały klub sportowo‑ turystyczny dla młodzieży socjalnego ryzyka. Poświęciliśmy życie dla dzieci ulicy, ale dla mnie najważniejsze jest, że żyję w miejscu rozległym, ogromnym, bezgranicznym. Ale wy? Po co wsiedliście do tej motorówki? Musicie być w tym Jakucku? Za wszelką cenę?
– Nie. To podróż jest ważna, a nie jej cel.

*

Jacek Hugo-Bader (ur. 1957) to dziennikarz i reportażysta związany z "Gazetą Wyborczą", dwukrotny laureat nagrody Grand Press. Jest określany (m.in. przez "The Independent") mianem jednego z najciekawszych prozatorów w dziedzinie podróżniczej. "Dzienniki kołymskie" ukazały się w grudniu 2011 r. nakładem wydawnictwa Czarne.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

„Zielony rycerz. Green Knight”: filmowy powrót do mitycznej Brytanii

W filmie „Zielony rycerz. Green Knight” Davida Lowery’ego oglądamy Króla Artura i jego rycerzy Okrągłego Stołu. Znowu. Co takiego tkwi w legendach arturiańskich, że współczesna kultura regularnie do nich wraca?

Marcin Zwierzchowski
27.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną