Recenzja książki: Roberto Bolano, "2666"

Piąty wymiar powieści
Oś fabuły tworzy poszukiwanie zaginionego niemieckiego pisarza o pseudonimie Benno von Archimboldi, którego tropi czwórka krytyków jego dzieł.
materiały prasowe

Roberto Bolano, 2666, tłum. Katarzyna Okrasko i Jan W. Rajter, Muza, Warszawa 2012, s. 1006

Wszystkie dzieła, które nie są arcydziełami, są mięsem armatnim” – twierdzi jedna z postaci tej powieści. Roberto Bolańo podjął to wyzwanie, szalone, dzikie, z góry skazane na niedoskonałość. I wyszła rzecz trudna do ogarnięcia, ale i zapierająca dech w piersiach. Otoczone legendą „2666” ukazało się w 2004 r., rok po śmierci autora „Dzikich detektywów”. Pisał ją przez pięć lat, cierpiąc (umierał na zakażenie wątroby nabyte po zażyciu kiedyś heroiny), i nie zdołał ukończyć. Jest jak pnącze, które się chaotycznie rozrasta, a jednocześnie zdaje się tworzyć przemyślaną całość. Składa się z pięciu części, z których każda mogłaby być osobną powieścią.

Oś fabuły tworzy poszukiwanie zaginionego niemieckiego pisarza o pseudonimie Benno von Archimboldi, którego tropi czwórka krytyków jego dzieł. W Meksyku, gdzie urywa się ślad pisarza, dowiadują się o ofiarach masowego mordercy. Nie jest to jednak powieść kryminalna, choć fragmenty przypominają kronikę śledczą, inne fragmenty z kolei powieść kampusową. Fabuła prowadzi nas w miejsca i czasy zupełnie niespodziewane, bo aż na front wschodni, na tereny Polski, gdzie Archimboldi służył w Wehrmachcie.

Powieść Bolańo staje się kroniką XX w., ale to nie zło czy wina (choć też ważne, faszyzm pojawia się w wielu książkach Bolańo) są tutaj istotą, ale literatura, to o literaturę pyta cały czas Bolańo. Dyskutuje w „2666” z innymi pisarzami i poetami, to jest książka, która wyrasta z innych dzieł. Sam zaś Bolańo potrafi zachwycać co raz zmianą tonu, przejściem od liryzmu do ironii. Bywa królem metafory, na przykład kiedy pisze o samotnej sprzątaczce w biurze, która w odbiciu szyby „unosi się, unosi, zamyślona na paryskim niebie, zmęczona, wysyłając wiadomości z najzimniejszej, lodowatej strefy namiętności”. Czytelnik może mieć trudności z ogarnięciem tego gigantycznego i pączkującego zbioru opowieści, stylów, odwołań i aluzji. Ale wrażenie zagubienia jest potrzebne. Jedna z postaci mówi, że tylko w nieładzie jesteśmy pojmowalni. Czytelnik sam tę powieść sobie musi ułożyć, spleść ją z historii i ze snów, które są u Bolańo jeszcze bardziej sugestywne niż tzw. realność. Ta książka miała być, tak jak „Bouvard i Pecuchet” Flauberta, powieścią totalną, niemożliwą, łączącą to, czego nie da się połączyć, by stworzyć literacki odpowiednik piątego wymiaru Malewicza. I, na ile to w ogóle można ocenić – to się udało.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną