Fragment książki: „2666”
Jego matka była jednooka. Miała bardzo jasne włosy i była jednooka. Jej dobre oko było niebieskie i łagodne, jakby nie była zbyt inteligentna, ale za to poczciwa, do przesady. Jego ojciec był kuternogą.
materiały prasowe

Stracił nogę w czasie wojny i spędził miesiąc w szpitalu wojskowym, nieopodal Düren, przekonany, że już się z tego nie wykaraska, i patrząc, jak ranni, którzy mogli się ruszać (on nie mógł!), kradli papierosy rannym, którzy nie mogli się ruszać. A kiedy i jemu chcieli ukraść papierosy, złapał za szyję złodzieja, piegowatego typa o wydętych policzkach, szerokich plecach i szerokich biodrach, i powiedział mu: stop! tytoń żołnierza rzecz święta! Wówczas piegus oddalił się i zapadła noc, a ojciec nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ktoś go obserwuje.
W sąsiednim łóżku leżała mumia. Miała oczy czarne jak dwie głębokie studnie.
– Chcesz zapalić?
Mumia nie odpowiedziała.
– Dobrze jest sobie zapalić – powiedział i zapalił papierosa, i spróbował pośród bandaży wymacać usta.

Mumia się wzdrygnęła. Może niepalący, pomyślał, i zabrał papierosa. Księżyc oświetlił koniec papierosa, który zabrudzony był czymś w rodzaju białej pleśni. Wtedy raz jeszcze włożył go mumii w usta, mówiąc: pal, pal, zapomnij o wszystkim. Oczy mumii nie odrywały się od niego, może, pomyślał, to kompan z batalionu, który mnie rozpoznał. Ale dlaczego się do mnie nie odzywa? Chyba nie może mówić, pomyślał. Nagle spod bandaży zaczął wydobywać się dym. Gotuje się, pomyślał, gotuje się, gotuje.

Dymiło mumii z uszu, z gardła, z czoła, z oczu nawet, mimo to nieodmiennie wpatrywały się w niego, szybko więc zaczął dmuchać, wyjął mumii papierosa z ust i jeszcze trochę podmuchał na obandażowaną głowę, póki dym całkiem nie zniknął. Zgasił papierosa na podłodze i zasnął.

Gdy się obudził, mumii już obok nie było. Gdzie jest mumia?, zapytał. Umarł dziś rano, poinformował ktoś z pobliskiego łóżka. On wówczas, w oczekiwaniu na śniadanie, zapalił papierosa. Kiedy go wypisano, udał się, kulejąc, do miasta Düren. Tam wsiadł do pociągu, który wywiózł go do innego miasta.

W owym mieście siedział i czekał na dworcu dwadzieścia cztery godziny, żywiąc się żołnierską polewką. Żołnierz, który rozlewał zupę, był sierżantem i kulał tak samo jak on. Ucięli sobie pogawędkę, podczas gdy sierżant rozlewał chochlą zupę do aluminiowych menażek żołnierzy, on zaś jadł, siedząc na drewnianej ławce, stojącej obok i podobnej do ławy stolarskiej. Zdaniem sierżanta wszystko miało się lada chwila odmienić. Wojna dobiegała końca i miała się zacząć nowa epoka. On zaś odpowiedział, nie przerywając jedzenia, że nic się nigdy nie zmieni. Nawet oni, choć każdy z nich stracił nogę, nie zmienili się.

Sierżant śmiał się po każdej jego odpowiedzi. Jeśli sierżant mówił białe, on mówił czarne. Jeśli sierżant mówił dzień, on mówił noc. I po każdej jego ripoście sierżant śmiał się i pytał, czy nie trzeba polewki dosolić, czy aby nie jest za mdła. A później znudził się już czekaniem na pociąg, który jego zdaniem nigdy nie przyjedzie, i ruszył w dalszą wędrówkę na piechotę.

Wędrował przez trzy tygodnie wiejskimi drogami, żywiąc się czerstwym chlebem, zrywając ukradkiem owoce w sadach i włamując się do kurników. Podczas jego podróży Niemcy skapitulowały. Kiedy mu o tym powiedziano, on powiedział: to i lepiej. Pewnego wieczoru dotarł do swego miasteczka i zapukał do drzwi swego domu. Drzwi otworzyła jego matka i ujrzawszy go tak sponiewieranego, nie poznała go. A później uścisnęli go i nakarmili. Zapytał, czy jednooka wyszła za mąż. Odparli, że nie. Tej nocy poszedł się z nią zobaczyć, nie przebierając się, nie wykąpawszy się, pomimo próśb matki, by przynajmniej się ogolił. Kiedy jednooka zobaczyła go stojącego przed drzwiami swojego domu, poznała go od razu. Kuternoga też ją zobaczył, jak wygląda przez okno, i podniósł rękę, i pozdrowił ją układnie, nawet cokolwiek szorstko, ale owo pozdrowienie można byłoby również uznać za gest odpowiedni dla stwierdzenia, że takie jest życie. Od tej chwili komunikował każdemu, kto chciał go słuchać, że w jego miasteczku wszyscy są ślepi, a jednooka jest królową.

W roku 1920 urodził się Hans Reiter. Nie wyglądał na niemowlę, ale na wodorost. Canetti i wydaje mi się, że również Borges, dwóch całkiem odmiennych ludzi, powiedzieli, że tak jak morze jest symbolem albo zwierciadłem Anglików, las jest metaforą, gdzie mieszkają Niemcy. Z tej reguły wyłamał się Hans Reiter od chwili urodzin. Nie lubił ziemi, a tym bardziej lasów. Nie lubił również morza czy też tego, co większość śmiertelników nazywa morzem, a co w rzeczywistości jest tylko powierzchnią morza, falami podnoszonymi przez wiatr, które z wolna przeistaczały się w metaforę klęski i szaleństwa. On zaś lubił dno morza, tę inną ziemię, pełną równin, które nie były równinami, i dolin, które nie były dolinami, i przepaści, które nie były przepaściami.

Kiedy jednooka kąpała go w cebrzyku, mały Hans Reiter zawsze wyślizgiwał się jej z zamydlonych dłoni i opadał na dno, z otwartymi oczyma, i gdyby ręce matki nie wyciągały go z powrotem na powierzchnię, pozostałby tam na dnie, przypatrując się czarnemu drewnu i czarnej wodzie, w której unosiły się drobinki jego własnego brudu, cząsteczki naskórka, płynące gdzieś jak łodzie podwodne, reda wielkości oka, zatoczka ciemna i spokojna, choć spokój nie istniał, istniał jedynie ruch, który jest maską wielu rzeczy, ze spokojem łącznie.

Raz kuternoga, przyglądający się czasem, jak jednooka kąpie syna, powiedział jej, żeby go nie wyjmowała, zobaczymy, co zrobi. Szare oczy Hansa Reitera przyjrzały się z dna cebrzyka niebieskiemu oku matki, a później przewrócił się na bok i skoncentrował na bacznym obserwowaniu cząstek swego ciała oddalających się w przeróżnych kierunkach niczym sondy wystrzelone na oślep w przestrzeń wszechświata. Kiedy zabrakło mu już powietrza, przestał kontemplować te malusieńkie drobinki i podążył za nimi. Zrobił się czerwony i uświadomił sobie, że przemierza strefę bardzo podobną do piekła. Ale nie otworzył ust i nie wykonał żadnego ruchu, by się wynurzyć, choć jego głowa znajdowała się zaledwie dziesięć centymetrów od powierzchni oceanów tlenu. W końcu ręce matki uniosły go w powietrze, a on uderzył w płacz. Kuternoga, okutany w swój stary, wojskowy płaszcz, spojrzał na podłogę i splunął w sam środek kominka.

Trzyletni Hans Reiter był wyższy od wszystkich trzylatków w swoim miasteczku i wyższy od każdego czterolatka, i nie wszystkie pięciolatki były wyższe od niego. Z początku jego chód był niepewny, ale miejscowy lekarz orzekł, że to wskutek wysokiego wzrostu, i zalecił, by dziecku dawano więcej mleka, żeby dostarczyć niezbędne dla kości wapno. Lekarz mylił się jednak. Hans Reiter miał niepewny chód dlatego, że poruszał się po powierzchni ziemi tak jak początkujący nurek po dnie morza. W rzeczywistości żył, jadł, spał i bawił się na dnie morza. Z mlekiem nie było problemu, jego matka miała trzy krowy i kury, i dziecko odżywiane było dobrze.

Kuternoga przypatrywał się czasami synowi chodzącemu po polach i zastanawiał się, czy w jego rodzinie był kiedykolwiek tak wysoki chłop. Brat jednego z prapradziadków albo pradziadka, przypominał sobie, służył pod rozkazami Fryderyka Wielkiego, w regimencie złożonym wyłącznie z mężczyzn o wzroście przekraczającym metr osiemdziesiąt lub metr osiemdziesiąt pięć. Ten regiment, czy też luksusowy batalion, miał zazwyczaj duże straty, jego żołnierze stanowili bowiem łatwy cel, łatwo było ich trafić.

Zdarzyło się nawet, myślał, patrząc na syna niezgrabnie poruszającego się skrajem sąsiednich ogrodów, że pruski regiment stanął naprzeciwko swojego rosyjskiego odpowiednika, regimentu złożonego z chłopów metr osiemdziesiąt albo metr osiemdziesiąt pięć w zielonych mundurach Rosyjskiej Gwardii Imperialnej, i ruszyli do boju, i śmiertelność była przerażająca, nawet kiedy regimenty obu wojsk się cofnęły, oba regimenty olbrzymów kontynuowały walkę wręcz, która ustała dopiero wtedy, gdy dowodzący generałowie wydali nieodwołalny rozkaz odwrotu na nowe pozycje.

Ojciec Hansa Reitera, zanim został wcielony do wojska, mierzył metr sześćdziesiąt osiem. Kiedy wrócił z wojny, mierzył, być może z powodu utraty jednej nogi, zaledwie metr sześćdziesiąt pięć. Regiment olbrzymów to zwariowany pomysł, myślał. Jednooka mierzyła metr sześćdziesiąt i myślała, że mężczyźni im wyżsi, tym lepsi.

*

Książka w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko i Jana W. Rajtera ukazała się nakładem Wydawnictwa MUZA SA.  
Copyright /c/ 2004. The Estate of Roberto Bolaño,
/c/ for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2012
/c/for the Polish translation by Jan W. Rajter and Katarzyna Okrasko

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną