Kawiarnia literacka

Warsztat
Od dwóch dni najczęściej myślę o oleju. Zasypiam i budzę się z myślą o nim, nawiedza mnie też w snach.

Wciąż rozważam, na głos i po cichu, dlaczego zaczął wyciekać z silnika mojego czarnego Volvo. Może to nic takiego? A może znak, że czas już pożegnać ukochany samochód? Na zmianę pocieszam się i pogrążam w drodze do warsztatu.

Rozrząd silnika? Miska olejowa? Pompa paliwa? Szukam winnego, powtarzając w głowie słowa, które kiedyś usłyszałem od mechanika. Na razie to tylko podejrzani. Brzmią dla mnie obco, jak obce słowa, dla których nie znam polskich odpowiedników.

– Może boleć – mówi szef warsztatu.

Na wszelki wypadek o nic więcej nie pytam. Boję się też, że coś pokręcę. Powiem przez pomyłkę pompa silnikowa albo rozrząd miski. I znowu wyda się, że jestem ignorantem. Parę razy naprawdę próbowałem dopytywać się i dyskutować na temat silnika, skrzyni biegów czy tarcz hamulcowych. Ale zawsze kończyło się to tak samo.

Za pierwszym razem szef grzecznie wysłuchał wszystkiego, co miałem do powiedzenia, i dopiero po chwili milczenia zapytał: – A widział pan coś ostatnio w kinie?

Za drugim razem nie był już tak cierpliwy. Nawet nie udawał zainteresowania. Od razu przerwał mi, kiedy tylko zacząłem mówić o samochodach. – Był pan może na czymś dobrym w teatrze? – spytał.

I sam opowiedział o aktorce, która w podziękowaniu za holowanie samochodu załatwiła mu bilety w drugim rzędzie na premierę „Madame Butterfly”. Pięknie grała główną rolę. I aż do sceny samobójstwa co jakiś czas zerkała do drugiego rzędu.

Zrozumiałem, że nie jestem dla niego partnerem do rozmów o motoryzacji. Dlatego musiałem zmienić strategię.

Teraz jestem małomównym, ale kompetentnym klientem warsztatu. Z poważną miną eksperta wzdycham głęboko, kiwam głową i uciekam wzrokiem w stronę rozbieranych kalendarzy.

Ale nawet na nich nie mogę się skupić. Wciąż się zastanawiam: skąd wyciek? Nie śmiem zapytać, bo wiem, jak to się skończy. Zostaję sam z pytaniem, jak do tego doszło. Zaczynam rekonstruować w głowie niemal każdy przejechany w ciągu ostatnich pięciu lat kilometr. Robi mi się słabo.

Wychodzę przed warsztat. Nikt do mnie nie dzwoni, ale ze zdenerwowania wyciągam z kieszeni telefon. Przeglądam w Internecie gazety i wczytuję się w komentarze pod artykułami. Nie wiem, czy to Internet, czy ożywcze powietrze, ale nagle się rozmarzam. O ile wygodniej byłoby, gdybym to nie ja był odpowiedzialny za wyciek? – myślę i od razu czuję się lepiej. Wiem przecież, jak jest. Właśnie o tym czytam. Co, jeśli to ktoś inny maczał palce w oleju z mojego silnika?

Kto za tym stoi? Przypominam sobie wszystkie podejrzane osoby, którym pożyczałem mój samochód. Bo przecież nie mógł się tak po prostu zepsuć, na przykład ze starości. To chyba niemożliwe. Nie w Polsce. Tu nic tak po prostu się nie zdarza. Nie przypadkiem w naszym kraju nakręcono film (i to dokumentalny!) pod tytułem „Wszystko może się przytrafić”. A w mediach już głośno o nowych produkcjach katastroficznych, na które naród zbiera pieniądze.

Nie twierdzę oczywiście, że mój samochód zepsuli Polacy. Bardzo mało prawdopodobne, bo wygląda raczej na robotę zawodowców. Więc może nasi sąsiedzi? Nikogo nie oskarżam. Tylko pytam. Bo jeśli nie oni, to kto? Od lat przecież nas ciemiężą. Doszli w tym do perfekcji. Zmieniają się tylko metody – kiedyś rozbiór, dzisiaj rozrząd.

Chociaż nigdy nic nie wiadomo. Czasem lepiej wystrzegać się zbyt oczywistych wniosków. Może to Szwedzi jeszcze na etapie produkcji specjalnie czegoś nie dopatrzyli? Oczywiście tylko pytam. I jeszcze ten niedawny Nobel dla Unii Europejskiej. Powoli wszystko zaczyna mi się układać, nabiera sensu.

Tylko czemu celem ich ataku stał się mój samochód? Przez chwilę ogarniają mnie wątpliwości. Co im zawiniło stare Volvo? Ale zaraz. Gdybym znał odpowiedzi na tak trudne pytania, nie marzłbym przecież teraz przed warsztatem samochodowym, tylko od dawna stał na czele rządu albo przynajmniej opozycji.

Nie oszukujmy się. I tak nie dojdę motywacji sprawców. Zresztą już oni sami najlepiej wiedzą, czemu to zrobili. Szkoda mojego czasu. Tym bardziej że szef warsztatu woła mnie teraz do swojego biura.

Wchodzę przygotowany na najgorsze. Szef pochylony w swoim kantorku notuje coś na kartce. Siadam na krześle i ze spuszczoną głową czekam na wyrok.

– Jeden aktor, co gra księdza w serialu – szef podnosi głowę – odbił żonę drugiemu, który też tu przyjeżdża ze swoim Audi. I wie pan, jak ten drugi aktor się zemścił?

– Nie – boję się spytać o moje Volvo.

– Ożenił się z córką tego pierwszego. Tak go załatwił.

– Czy to znaczy, że muszę już myśleć o kupnie nowego samochodu?

– Ma pan szczęście – mówi. – To tylko uszczelka.

– Uszczelka? – Nie mogę uwierzyć.

– Sparciała.

Najpierw czuję ulgę, dziękuję mu i nawet przez chwilę mam ochotę go uściskać. Jednak potem, już w samochodzie, euforia mija. Więc to była tylko sparciała uszczelka? Próbuję pocieszać się, że przynajmniej mam czym jeździć. Zawiniła sparciała uszczelka! Zalewa mnie fala rozczarowania. Przez moment czułem się tak ważny dla świata. Powoli dochodzi do mnie, co naprawdę pokazała wizyta w warsztacie. Stan mojego umysłu okazał się gorszy niż mojego samochodu. Oby to też nie było nic poważnego.

 

Mikołaj Łoziński – pisarz i fotografik. Socjolog z wykształcenia. Był tłumaczem telewizji francusko-niemieckiej, zarabiał jako malarz pokojowy i asystent niewidomej psychoterapeutki. Debiutował powieścią „Reisefieber” (Znak 2006), za którą otrzymał w 2007 r. Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Laureat Paszportu POLITYKI w 2011 r. za powieść „Książka”. Ojciec bliźniaków. Mieszka w Warszawie.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną