Recenzja książki: Joanna Mueller, „Intima Thule”

Substancja mateczna
Jest to poezja traktująca macierzyństwo i cielesność zupełnie niesentymentalnie.
materiały prasowe

Dom na okładce, a w środku różne pokoje, do których zaprasza Joanna Mueller. Z poprzednich tomów wiemy, że nikt tak jak ona nie potrafi pisać o macierzyństwie, o porodach – i dzieci, i słów. O „matrialchalnym triumfie wypatroszeń”. U Mueller uderza przede wszystkim niesłychana inwencja słowotwórcza, słowa się tu zahaczają i zaczepiają nawzajem. A w dodatku jest to poezja traktująca macierzyństwo i cielesność zupełnie niesentymentalnie. Mueller wchodzi w dialog z innymi poetami: z Białoszewskim, z Miłobędzką, z Miłoszem. A całość układa się w medytację nad różnymi stanami istnienia: kobieta jest jak matrioszka, znika, roztrwania siebie dla innych: „racz dać od poczęć/ odpoczynek wieczny”. Stawką jest powrót do siebie: „odzyskać siebie dla kartki papieru”. Mueller przenikliwie pokazuje poprzez „substancję mateczną” nasze wspólne kłopoty z istnieniem (i nieistnieniem).

Joanna Mueller, Intima Thule, Biuro Literackie, Wrocław 2015, s. 68

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną