Pomysł wyjściowy powieści przypomina nieco film „Greenland”, tyle że zamiast zagrażającej życiu na Ziemi komety mamy inwazję obcych, a bezpieczne schronienie daje nie biegun północny, tylko południowy. Kosmici stawiają ludziom ultimatum: kto dotrze na Antarktydę w ciągu 30 dni, przetrwa, pozostali zostaną unicestwieni. Toma Roba Smitha – wcześniej autora niezłych kryminałów – nie do końca interesuje ani sam proces ewakuacji, ani temat potencjalnej walki z najeźdźcami. „Dzieci lodu” to raczej podszyty (tanią) filozofią thriller o tym, co ludzkość może zrobić z szansą na przetrwanie. A robi to co zawsze: jedni próbują odbudować cywilizację opartą na współpracy i zaufaniu, inni knują, ile wlezie, manipulują genetyką i hodują rasę nadistot, która ma się dostosować do arktycznych mrozów.
Tom Rob Smith, Dzieci lodu, przeł. Robert Ginalski, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2026, s. 448