Nikt nie pisze tak jak Wołodymyr Rafiejenko, ukraiński pisarz, autor „Najdłuższych czasów”, jednej z najciekawszych powieści ostatnich lat. I nowa jego książka „Petrichor” znowu przynosi nam ten charakterystyczny „rafiejenkowski” ton – ironiczny i groteskowy, postmodernistycznie żonglujący cytatami i aluzjami, styl, w którym groza i śmiech idą razem. Bohaterowie, uchodźcy z Doniecka, trafiają do Tarnopola. Maria i jej syn Petro, zwany Petrichorem, spotykają Witię. Razem z nimi idą zmarli – mąż Marii, żona Witii, oboje utrzymują, że ich małżonkowie żyją. Jest to bowiem opowieść o obecności zmarłych, zresztą nie wiadomo do końca, kto żyje, a kto nie, żywe są również zabawki i postacie z kreskówek: Różowa Małpa, Jeżyk czy Zając. Nad całością unosi się duch baśni Andersena. Rafiejenko opowiada o wojnie i traumie w taki sposób, że łapią nas jednocześnie groza i śmiech. Odbywamy z nim całą drogę z Doniecka, czekanie na wolontariuszy, wizyty Rosjan.
Wołodymyr Rafiejenko, Petrichor, przeł. Marcin Gaczkowski, Wydawnictwo KEW, Wrocław 2026, s. 206