„Chcę być duchem” – powiedział Paul Auster umierający na raka. „Chciałam tego ducha” – pisze Siri Hustvedt w swojej opowieści o miłości i wspólnym z nim życiu przez 43 lata. Ta książka nie jest typowym wspomnieniem żałobnym, bo mieści wszystko: maile do przyjaciół, listy Austera do wnuka, rozważania o polityce, fragmenty odczytów, dzienników, zapisy wspólnych lektur, anegdoty. Jest też autoportretem Siri, pisarki, która przy nim była bardziej sobą, czuła się wyrazistsza. Żartowali, że gdyby żyli dłużej, staliby się jedną osobą. Redagowali nawzajem swoje książki, wpływali na siebie. Rzadko zdarza się taka twórcza wspólnota („nasz wieloletni dialog o książkach był częścią erotycznej więzi, którą opłakuję”). Widzimy, że Auster był kimś innym, niż to opisywały gazety. Ich życie też wyglądało inaczej. Wielką sławę i status gwiazdorski Auster zyskał po czterdziestce dzięki „Trylogii nowojorskiej”, którą wcześniej odrzuciło 18 wydawców. Wtedy Siri stała się „żoną pisarza” – oczekiwano, że będzie „szalem” otulającym mężczyznę, a na to nigdy się nie zgadzała. W tym życiu było dużo cudowności i potworności – syn Paula z pierwszego małżeństwa, heroinista, przyczynił się do śmierci swojej córki. Auster przygotowywał swoje odejście – zostawił listę „na potem”. Kiedy nastało „potem”, Siri czuła jego obecność i w nowej książce próbuje to wytłumaczyć. „Księga Duchów” nie stara się przypodobać czytelnikowi, wypływa z konieczności i braku: „Pisanie to działanie. Zdanie po zdaniu, ustęp po ustępie, próbowałam coś z niego przenieść na papier, coś z tego, kim był dla mnie”. I się udaje.
Siri Hustvedt, Księga Duchów, przeł.