Recenzja książki: Michel Faber, "Bliźnięta Fahrenheit"

Myszy i ludzie
Zbiór zimnych opowiadań.

W tytułowym opowiadaniu „Bliźniąt Fahrenheit", najświeższego na naszym rynku tłumaczenia prozy Michela Fabera, dwójka rodzeństwa musi pochować swoją zmarłą matkę. Gdy pośrodku bezkresnej Arktyki debatują nad formą pogrzebu, pada następująca propozycja: „Może powinniśmy ją zjeść". Czytelnicy poprzednich książek Fabera domyślają się, że nie jest to najbardziej szokujący pomysł wśród siedemnastu nowych historii, które na ogół opowiada nam - jak zwykle u autora „Szkarłatnego płatka i białego" - zimny, zdystansowany narrator.

Od początkowych stron książki poznajemy bohaterów, dla których własna tożsamość jest kwestią problematyczną. Pozostawieni przez społeczeństwo samym sobie, albo (jak bezimienny bohater „Kryjówki") nie chcą wiedzieć kim są, albo też uciekają od świata zewnętrznego, który stał się dla nich nieznośny i obcy. „Oczy duszy" stanowią gorzką satyrę, w której autor ukazuje izolację jako swego rodzaju usługę luksusową, będącą dostępną także dla mniej zamożnych za „odrobinę ponad czternaście funtów tygodniowo". Zdarzają się tutaj także akcenty bardziej optymistyczne. „Czarno wszędzie" oraz „Kremowojasne jak u Eminema", mimo swoich otwartych zakończeń, uwodzą czytelnika celnością obserwacji oraz wyczuleniem na wagę ulotnych, szczęśliwych momentów w życiu człowieka.

Co jednak w nowym zbiorze opowiadań Michale Fabera najbardziej rzuca się w oczy, to szczególna metaforyka. Przywodzi ona na myśl pierwszą jego powieść „Pod skórą", makabryczną historię o dehumanizacji, wykorzystującą jako pretekst gatunek thrillera science-fiction. Autor lubuje się w nadawaniu ludzkim postaciom cech zwierzęcych, co czyni jego świat groteskowym i mrocznym. Para angielskich headhunterów z „Nory o dwóch wylotach" nawet swój humanitarny odruch wobec potrąconego na drodze zwierzęcia przypłacić musi jakąś przedziwną formą wścieklizny. W „Bliźniętach Fahrenheit" na różne sposoby testowana będzie nasza wytrzymałość. „Ciało pozostaje ciałem" przenosi czytelnika w czasy angielskiego kapitalizmu pierwszej połowy XIX wieku, a „Wykład o kokosach" pozwala przyjrzeć się szczerym, fizjologicznym reakcjom dzisiejszych „ludzi sukcesu". Opowieści te podszyte są „niesamowitością" właściwą spokojnie opowiadanym koszmarom sennym. Natomiast nowela „Błahość czynu", beznamiętnie relacjonująca skutki depresji poporodowej, dla co wrażliwszych czytelników może stanowić niemałe wyzwanie.

Faber bywa na szczęście także dowcipny i autoironiczny. Na przykład w „Przełamując ból", gdzie z powagą i namaszczeniem opowiada o muzyku heavymetalowym, którego najzwyczajniej rozbolała głowa. „Tabitcha Warren" to pisarska refleksja na temat bliskości stanów geniuszu i szaleństwa, dotykająca również kwestii granic współczucia wobec zwierząt. Na dłużej pozostają w pamięci postacie, takie jak ochroniarz sklepowy Lachlan z „Drobnej niedoskonałości", dzięki któremu widzimy współczesnego człowieka jako szczura w labiryncie hipermarketu. Za to w „Myszy" najbardziej „ludzki" wydaje się tytułowy gryzoń, zmuszający do nawiązania rzeczywistego kontaktu bohaterów, wyobcowanych z własnej woli przez „sztuczne raje" gier komputerowych i egzotycznej religii. Zdarzają się co prawda w zbiorze opowiadania dość wtórne (jak „Finezja") lub noszące znamiona powieściowych wprawek („Prawdziwi pływacy"), ale ostatecznie jest to książka niezwykle równa i bogata pod względem pomysłów fabularnych. Zajmująca lektura - zarówno na długie zimowe wieczory, jak i na przejazdy wszelkimi środkami lokomocji.

Krystian Wojcieszuk, FA-art 
 

Michel Faber, Bliźnięta Fahrenheit, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007, s. 381
 

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną