Recenzja płyty: Antony and the Johnsons, "Swanlights"

Nawet Björk się chowa
Jako sympatyk poprzednich trzech płyt Hegarty’ego kupuję i tę nową.
materiały prasowe

Antony Hegarty, angielski uciekinier w Nowym Jorku i człowiek o nieziemskim głosie, stał się symbolem naszych czasów. Kojarzy się zarazem z modnym renesansem folku, z ckliwą soulową i bluesową wokalistyką, jak i z operą. Publiczności filharmonii daje dobre usprawiedliwienie do słuchania piosenek, a tej z klubów młodzieżowych – okazję do obcowania z tradycyjnymi aranżacjami i wybitnym poziomem wykonawczym. Rzecz w tym, że gdy śpiewa, wszystkie te podziały znikają. Liczy się tylko jeden: na zakochanych w jego ambiwalentnej płciowo manierze oraz tych, którzy ją z założenia odrzucają.

Jako sympatyk poprzednich trzech płyt Hegarty’ego kupuję i tę nową. Tym bardziej że wymieszał na niej w dobrych proporcjach ballady z fortepianowym akompaniamentem, rodem z najbardziej przebojowej płyty „I Am a Bird Now”, i utwory orkiestrowe przypominające te z ostatniego albumu „The Crying Light”. Gościnnie pojawia się tu Björk, ale nie będzie łatwo zapamiętać jej obecność. Jeszcze nie słyszałem płyty, na której Islandka tak bardzo by zniknęła – osobowość gospodarza jest zbyt wielka.

Antony and the Johnsons, Swanlights, Secretly Canadian/Sonic

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną