Muzyka

Echo, że ho!

Recenzja płyty: John Maus, "We Must Become Pitiless Censors of Ourselves"

materiały prasowe
Kolejna podróż muzyczna w stronę nieco spranych wspomnień z lat 80.?

W takim towarzystwie nie mam nic przeciwko temu. John Maus ma doświadczenie współpracy z innym odtwórcą dawnych brzmień muzyki pop Arielem Pinkiem (ten przyjeżdża do nas w tym roku na Off Festival) i świetnie czuje styl dawnych syntezatorowych przebojów. Na „We Must...” trafia bezbłędnie w najbardziej fascynujący moment tamtej dekady, gdy wytapirowani i umalowani idole występowali już w programach telewizyjnych, ale jednocześnie, zamiast wdzięczyć się do nastolatek, promieniowali punkowym chłodem i wyobcowaniem.

Słychać w tej muzyce echa The Human League, Gary’ego Numana, a nawet Magazine i Ultravox – z akcentem na „echa”, bo swoje całkiem zgrabnie napisane piosenki Maus topi w niemal kościelnych pogłosach. Czy mamy przez to rozumieć, że jego stosunek do przeszłości jest nabożny?

John Maus, We Must Become Pitiless Censors of Ourselves, Upset the Rhythm

Polityka 32.2011 (2819) z dnia 02.08.2011; Afisz. Premiery; s. 61
Oryginalny tytuł tekstu: "Echo, że ho!"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Samice alfa: czego nie dostają, kogo poszukują?

Silne kobiety współczesne: z jakimi mężczyznami mają największe szanse na udany, trwały związek.

Ryszarda Socha
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną