Recenzja płyty: M.I.M.E.O., "Wigry"

Wielka improwizacja
„Wigry” to pewnie jedyna w tym sezonie płyta wydana w Polsce, która więcej nabywców znajdzie poza krajem.
materiały prasowe

Gdy już przytaszczą na scenę te swoje urządzenia – syntezatory, komputery, efekty, spreparowane gitary, a nawet odbiorniki radiowe – czy mamy pewność, co też tak naprawdę z nimi robią? Poza tym, dlaczego mieliby zawitać właśnie do nas, nad Wigry, zagrać w miejscowym klasztorze kamedułów staraniem miejscowego Domu Pracy Twórczej – i to już po ogłoszeniu jego likwidacji i ponownego przejęcia przez Kościół? Po co mielibyśmy się pochylać nad tym albumem, ozdobionym sugestywną okładką ze zdjęciem Igora Omuleckiego, wydanym nakładem małej krajowej wytwórni? 

Improwizatorzy z kręgu muzyki elektronicznej to gatunek tak rzadki i mało znany, że przyda się porównanie. Wyobraźmy sobie, że przyjeżdża do Polski drużyna Barcelony. A do tego Real Madryt. Bo taki jest status dziesiątki muzyków, zbierającego się raz na jakiś czas kolektywu Music in Movement Electronic Orchestra, których pojedyncze nazwiska (Fennesz, Rehberg, Schmickler, Rowe) elektryzują miłośników gatunku. Z tego spotkania (i po wigierskiej instytucji) została płyta – jak na ten rozmiar grupy niezwykle dyskretna, impresyjna. Duży skład słychać tu w płynnej zmianie ról – jak u dobrze grających piłkarzy. M.I.M.E.O. stronią od łatwego w tym składzie piętrzenia hałasu, ale wrzawę już wzbudzają – nawet w odległych miejscach. „Wigry” to pewnie jedyna w tym sezonie płyta wydana w Polsce, która więcej nabywców znajdzie poza krajem.

M.I.M.E.O., Wigry, Bołt/Monotype

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną