Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Muzyka

Głos przesłania piosenki

Recenzja płyty: Tom Waits, "Bad as Me"

materiały prasowe
Skąd te dzikie okrzyki entuzjazmu, jakimi powitano płytę „Bad as Me”?

Dobrze, że głośniki nie przekazują w pełni ekspresji wokalisty, bo przy słuchaniu kolejnych płyt Toma Waitsa zostałbym już wielokrotnie opluty bryzgami śliny. Na takim charkocie można zetrzeć jabłko, można tak mięsisty tembr kroić i sprzedawać na wagę. Amerykanin nagrywa płyty z nowym repertuarem coraz rzadziej, za to od prawie 30 lat – odkąd jako współautorka wspiera go żona Kathleen Brennan – na idealnie równym, świetnym poziomie. Powtarzają się również współpracownicy. Na nowym albumie mamy znów Marca Ribota i Lesa Claypoola, nawet grający w aż czterech utworach (i w jednym śpiewający!) Keith Richards już u Waitsa występował.

Skąd więc dzikie okrzyki entuzjazmu, jakimi powitano płytę „Bad as Me”? Otóż świat muzyczny coraz mocniej uświadamia sobie, że Waits nas wszystkich oszukał. Od początku opisywany jako oryginał i outsider amerykańskiej piosenki, był już od dawna jej centralną postacią, wielkim klasykiem – bardziej dziś niezawodnym niż sam mistrz Dylan. Głos przesłaniał ludziom wybitne piosenki, które lśnią i na nowej płycie, choć powoli zaczynają się układać w rodzaj pięknego pożegnania – jak ballada „Last Leaf” i kończący album znanym szkockim motywem ludowym „New Year’s Eve”.

Tom Waits, Bad as Me, Anti

Polityka 45.2011 (2832) z dnia 01.11.2011; Afisz. Premiery; s. 75
Oryginalny tytuł tekstu: "Głos przesłania piosenki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Sto najodważniejszych polskich piosenek. Nie zawsze chodzi o tekst

Co się stało z odwagą twórców piosenek? I czy oznacza ona dziś to samo co przed laty? Zmianę pomaga prześledzić nowe wydawnictwo poświęcone polskiej muzyce ostatnich dekad.

Mirosław Pęczak
16.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną