Muzyka

Spaść z wysoka

Recenzja płyty: Kanye West, „Yeezus”

materiały prasowe
Może więc West znów okazał się bogiem, jeśli spojrzeć na odwagę ogólnej wizji, ale diabeł dopadł go w szczegółach.

Oto mamy efekt pracy na wysokościach. A raczej paniki. Wysoko postawiony gwiazdor hip-hopu Kanye West wpadł do superproducenta Ricka Rubina na kilka tygodni przed oddaniem płyty do tłoczenia, z brudnopisem albumu w rękach i prośbą o pomoc. Wspólnie posklejali to i owo, dograli partie wokalne, ale z aranżacji – syntezatorowych, ostrzejszych niż dotąd – raczej ujmowali, niż dodawali. „Yeezus” jest więc surowy, co może odstraszyć fanów hip-hopu przywiązanych do soulowej tradycji, a z drugiej strony – zafascynować tych bardziej otwartych. West znów zmaga się z własnym ego (co sygnalizuje już w tytule Beatlesowski chwyt ścigania się z Bogiem), opowiada o problemach uczuciowych, o pornografii, o nowym szklanym suficie dla Afroamerykanów. Muzyka, w jaką tę opowieść oprawił, mocno nafaszerowana samplami z utworów innych wykonawców (m.in. znanej u nas węgierskiej Omegi), momentami jest nieprzyjemna, ale bywa też niestety nudna i niedopracowana. Może więc West znów okazał się bogiem, jeśli spojrzeć na odwagę ogólnej wizji, ale diabeł dopadł go w szczegółach.

 

Kanye West, Yeezus, Def Jam

Polityka 26.2013 (2913) z dnia 25.06.2013; Afisz. Premiery; s. 77
Oryginalny tytuł tekstu: "Spaść z wysoka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Sarmata, hipis, mundurowy? Polskie wzorce męskości

Dr hab. Wojciech Śmieja o tym, jak ukształtował się osobliwy, polski wzorzec tak zwanego prawdziwego mężczyzny.

Ewa Wilk
30.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną