Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Muzyka

Starszy pan wciąż zadziwia

Recenzja płyty: James Cotton, „Cotton Mouth Man”

materiały prasowe
To płyta dla miłośników klasycznego, porywającego bluesa w najlepszym wydaniu.

Praktyka zapraszania znanych gwiazd do udziału we własnej sesji nagraniowej stosowana jest od dawna. Bardzo często powodem takiej praktyki jest chęć podbudowania nadwątlonej pozycji zapraszającego. Z takim zjawiskiem stykamy się również w przypadku albumu „Cotton Mouth Man” Jamesa Cottona. Tyle że powody obecności znanych artystów na liście wykonawców są inne. James Cotton to uznany, nie tylko w świecie bluesa, mistrz harmonijki ustnej, niekwestionowana gwiazda gatunku, czynna artystycznie od niemal półwiecza. Trudy życia spowodowały, że 77-letni dziś muzyk niemal całkowicie stracił głos, więc jest zrozumiałe, że zaprosił do studia słynnych śpiewających kolegów. Pojawili się tam nie tylko, aby wesprzeć mistrza, ale też swoim udziałem oddać hołd jego sztuce. Są wśród nich takie znakomitości, jak m.in. Ruthie Foster, Keb Mo, Delbert McClinton czy Gregg Allman. Jakby tego było mało, dmącego jak za najlepszych lat w swoją harmonijkę Cottona wspomagają instrumentalnie takie tuzy, jak Joe Bonamassa i Warren Haynes. „Cotton Mouth Man” to płyta dla miłośników klasycznego, porywającego bluesa w najlepszym wydaniu. 13 tytułów, a ten ostatni to dodatkowa niespodzianka. Mimo wszelkich ograniczeń i przeciwwskazań, piosenkę „Bonnie Blue” postanowił zaśpiewać, a raczej wychrypieć, sam Cotton. Ale za to jak! To dobitny dowód na to, że prawdziwy artysta pozostaje nim bez względu na okoliczności.

 

James Cotton, Cotton Mouth Man, Alligator

Polityka 30.2013 (2917) z dnia 23.07.2013; Afisz. Premiery; s. 63
Oryginalny tytuł tekstu: "Starszy pan wciąż zadziwia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Archiwum Polityki

Niepokorni

Historię PRL odmierza kilka dat społecznych protestów przeciw ludowej władzy, zwykle brutalnie lub krwawo tłumionych. W 1956 r. – czerwiec, w 1968 r. – marzec, w 1970 r. – grudzień, w 1976 r. – znów czerwiec... I gdyby nie tamte zdarzenia sprzed 30 lat, nie byłoby pewnie sierpnia 1980 r. i wyjątkowej polskiej drogi do wolności.

Marcin Kołodziejczyk
13.05.2006
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną