Recenzja płyty: Gregory Porter, „Liquid Spirit”

Do krainy nastroju
Lekarstwo na zaganianie, agresję, wewnętrzny dygot i czyhający na nas niepokój.
materiały prasowe

Jeżeli ktoś z czytelników, mimo ciepłych słów napisanych powyżej o grupie Alter Bridge, poczuje przesyt rockowymi emocjami o sporym natężeniu dźwięku, powinien natychmiast poszukać płyty zatytułowanej „Liquid Spirit”. To trzeci już album amerykańskiego wokalisty, kompozytora i aktora Gregory’ego Portera. Gdy na listach przebojów hasa rozebrana głupawa Miley Cyrus liżąca młotek, on zabiera nas w podróż do krainy, w której króluje nastrój, jazzowy klimat, mądre teksty i kultura muzyczna. Z pewnością wpływ na taką drogę artystyczną Portera miały upodobania jego matki, której ukochanym wokalistą był Nat King Cole. Niemniej młody Gregory zaczynał karierę w odległej od łagodnego jazzu dziedzinie, w amerykańskim futbolu. Dopiero kontuzja uniemożliwiająca wyczynowe uprawianie sportu zbliżyła go jeszcze bardziej do muzyki. „Liquid Spirit” to lekarstwo na zaganianie, agresję, wewnętrzny dygot i czyhający na nas niepokój.

 

Gregory Porter, Liquid Spirit, Blue Note

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną