Muzyka

Dzikie damy

Recenzja płyty: Sleater-Kinney, „No Cities To Love”

materiały prasowe
Trudny, ale udany powrót całego kobiecego tria na scenę.

Ruch riot grrrl tworzyły w latach 90. grające punka zbuntowane i feministycznie nastawione amerykańskie dziewczyny. Dziś już bardziej panie – nie tylko ze względu na wiek. Członkinie jednej z czołowych grup środowiska, Sleater-Kinney, są już nie nowymi twarzami z podziemia, ale osobistościami sceny muzycznej. I nie tylko, jeśli wziąć pod uwagę sukcesy Carrie Brownstein i jej serialu telewizyjnego „Portlandia” (pisaliśmy o nich w POLITYCE 14/14). „No Cities To Love” to trudny, ale udany powrót całego kobiecego tria na scenę. A zarazem powrót do estetyki, która dominowała 20 lat temu, wywodzącej się z punka, mocnej, opartej na krótkich gitarowo-perkusyjnych riffach. Pozbawionej wirtuozerii, nastawionej na świetną grę zespołową i emocjonalny przekaz. Żadnego z tych elementów nie brak na nowym albumie, choć nie ma też niczego nowego i chwilami brzmi jak zestaw archiwalnych piosenek. W Polsce, gdzie kult Sleater-Kinney i ruchu riot grrrl był w swoim czasie umiarkowany, te nagrania mogą się okazać bardzo ważne. Ruch riot grrrl znamy raczej z kulturowych nawiązań (jak rosyjska grupa Pussy Riot), a ten album to jego artystyczna definicja.

Sleater-Kinney, No Cities To Love, Sub Pop

Polityka 7.2015 (2996) z dnia 10.02.2015; Afisz. Premiery; s. 79
Oryginalny tytuł tekstu: "Dzikie damy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną