Recenzja płyty: Sleater-Kinney, „No Cities To Love”

Dzikie damy
Trudny, ale udany powrót całego kobiecego tria na scenę.
materiały prasowe

Ruch riot grrrl tworzyły w latach 90. grające punka zbuntowane i feministycznie nastawione amerykańskie dziewczyny. Dziś już bardziej panie – nie tylko ze względu na wiek. Członkinie jednej z czołowych grup środowiska, Sleater-Kinney, są już nie nowymi twarzami z podziemia, ale osobistościami sceny muzycznej. I nie tylko, jeśli wziąć pod uwagę sukcesy Carrie Brownstein i jej serialu telewizyjnego „Portlandia” (pisaliśmy o nich w POLITYCE 14/14). „No Cities To Love” to trudny, ale udany powrót całego kobiecego tria na scenę. A zarazem powrót do estetyki, która dominowała 20 lat temu, wywodzącej się z punka, mocnej, opartej na krótkich gitarowo-perkusyjnych riffach. Pozbawionej wirtuozerii, nastawionej na świetną grę zespołową i emocjonalny przekaz. Żadnego z tych elementów nie brak na nowym albumie, choć nie ma też niczego nowego i chwilami brzmi jak zestaw archiwalnych piosenek. W Polsce, gdzie kult Sleater-Kinney i ruchu riot grrrl był w swoim czasie umiarkowany, te nagrania mogą się okazać bardzo ważne. Ruch riot grrrl znamy raczej z kulturowych nawiązań (jak rosyjska grupa Pussy Riot), a ten album to jego artystyczna definicja.

Sleater-Kinney, No Cities To Love, Sub Pop

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną