Recenzja płyty: Scott Weiland, „Blaster”

Niegroźny wybuch
Kilkuletnia przerwa w nagraniach nie wystarczyła artyście na przygotowanie prawdziwie atrakcyjnego materiału.
materiały prasowe

Nazwisko Scotta Weilanda może w pierwszej chwili brzmieć niezbyt znajomo. Jeśli jednak przywołamy nazwy grup, w których był wokalistą – Stone Temple Pilots i Velvet Revolver – sprawa staje się jaśniejsza. Niezależnie od pracy zespołowej Weiland nagrywał płyty jako solista. Czynił to dość nieregularnie, a jego poprzednia propozycja fonograficzna „Happy in Galoshes” ujrzała światło dzienne w 2008 r. Teraz, po siedmioletniej przerwie, Weiland powraca albumem o obiecującym tytule „Blaster”. Tytuł sugeruje energię, eksplozję, mocne uderzenie. W rzeczywistości to Weilandowe uderzenie ma umiarkowany charakter. Piosenki na płycie to niezbyt oryginalne, prawie popowe pomysły, przebrane w rockowe czy grunge’owe szatki. Nawet obiecująco rozpoczynające się kawałki, takie jak „White Lightning” albo „Way She Moves”, zamiast interesująco się rozwinąć popadają w pewną monotonię. Wydaje się, że kilkuletnia przerwa w nagraniach nie wystarczyła artyście na przygotowanie prawdziwie atrakcyjnego materiału.

Scott Weiland, Blaster, earMUSIC

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną